Napisano Ponad rok temu
Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Przenocowali na plebanii a następnego ranka Drzazga został w jednym z pokoi a ksiądz z Wacławem i młoda zakonnicą poszli po rannej mszy do starego młyna.
Po bitwie jesień szybko nastała i zima potem to i śladów młodzi zatrzeć nie zdążyli. Mur poszarpany natarciem, porozrzucane cegły. Doły kopane wokół niego przez marianowych przysypali tylko piachem na tyle żeby uchronić się przed smrodem gnojówki. Zima prawdziwa naszła i trzymała mrozem. Wszyscy chowali się, bo izbach a Wacławowi widok śniegiem zasypanego placu przypomniał dzień pewien rok temu, kiedy z Dominikiem przyjechali a miszcz nasłał na nich grupę dzieciaków.
Aż przystał zdziwiony tym jak bardzo inny był i jak bardzo to miejsce go zmieniło. Wlał w te ruiny potu tyle i tyle cierpienia… a one dalej wyglądały jak wcześniej. Całe to jego cierpienie i ból nie poruszyły tu ani cegły, ani kupy piachu….
Zatrzymali się przy murze i zdjęli czapki, zakonnica pochyliła głowę. Tutaj w rzędzie kilkunastu grobów śniegiem przykrytych leżeli ci co padli w bitwie. Wszyscy, których znaleźli. I Marianowi i kilku Iwanowych a i najmłodszy ze starych mistrzów. Część ciał zabrali Iwanowi do Pierogów, bliżej rodzin, ale na znak pokoju kilku zakopali tu.
Ruszyli po chwili dalej i doszli do ruin na środku placu. Śnieg skrzypiał a drzwi do jednej z obór wiatr telepał o futrynę. Na beczce siedział jeden z dzieciaków. Na widok księdza powstał i pochylił głowę.
Jerzy zapytał go, gdzie są wszyscy i ruszył w stronę wskazanego zabudowania. Wacław stał przez chwile nad pilnowaną przez młodego mogiłą a przed twarzą miał wciąż zasmuconą twarz siostry Joanny, zawsze zamyślonej i w swoim świecie.
A potem chwile, kiedy widział jej uciętą głowę. Wzdrygnął się, kiwnął głową do młodego i poszedł za księdzem.
Przed nim dreptała młoda zakonnica, zorientował się nawet, że nie wie jak nawet ona na imię. Drobiła kroki i wyglądała na zmarzniętą. Joanna szła przez plac jak pług śnieżny a tą wiatr wydawało się porwie zaraz.
Pchnęli wrota i otrzepując się ze śniegu weszli do środka. Ksiądz zdjął wytarty płaszcz i powiesił na gwoździu. Na materacach z pikowanych worków ćwiczyło kilkanaście dzieciaków. W rogu kilku starszych reperowało broń i zszywało ciuchy. Zapatrzony w pokryte grubą folią okno syn Iwana Pietka stał niby w innym świecie, ale Wacław wiedział, ze widzi i wszystkich ćwiczących i każdy jego ruch.
Na ich widok od grupy starszych oderwał się jeden. Zarośnięty i kudłaty podbiegł i uścisnął Wacława. Dominik zmieniał się każdym dniem tutaj i teraz po kilku dniach niewidzenia go Wacław zauważył to wyraźnie. Nawet głos zmienił mu się na grubszy i pewniejszy. Wyprostował się i nabrał ciała.
- Jak mieszkanie? - zapytał wyrosły jak spod ziemi Pietka.
- Bajzel, kupa papierów. Dłużej to potrwa bo nie wiem za bardzo jak się tym zająć – odpowiedział patrząc mu pewnie w oczy Wacław.
Oczywiście ze musiał mieć jakies wytłumaczenie. Powód dla którego zniknął. Mieli szczęście i zadłużone mieszkanie Dominika trzeba było wynająć albo sprzedać. Wacław, starszy od niego mógł przecież się tym zająć. Dla Iwanowych, którzy w odróżnieniu od rodziny kuzynów dbali o papiery, podatki i ubezpieczenia było tu solidne wytłumaczenie.
Pietka kiwnąl głową, w głębi czując odrazę do wacławowego światopoglądu. Jego wzrok przyciągnęła siostra. Stała trochę dalej patrząc na powtarzające fragmenty układu na cep dzieciaki. Spojrzał pytająco na księdza:
- Czy to dziś?
- nie wiem – niepewnie mruknął Jerzy.
- Próba musi być, wiesz o tym – stanowczo rzucił Pietka zagryzając wąsa- wyśle jednego z moich, niech jej chociaż oko podbije. Będzie uważał…
- chyba powinienem z nią wcześniej pogadać. Trzeba by jej wytłumaczyć, że Sarapaty to nie machanie miotłą w klasztorze.
Wacław pokiwał głową. Od Opowiadaczy wiedział, ze szczątki sztuki Jerzego Burdulaka przez jego uczniów ostały się w klasztorach, ale w żeńskich głównie układy na kij troche form ręcznych, z rzadka ćwiczonych. Joanna to była inna historia. Z Joanny był równiejszy gość niż z połowy ćwiczących. Ksiądz westchnął i zawołał do siebie siostrę.
- Izabelo, przyjechałaś tu w pośpiechu i od biskupa wiem, że wiele o nas wiesz – podrapał się po głowie – i że brałaś już podstawowe nauki w klasztorze. Jednak Sarapaty to co innego. Nasz miszcz starał się żeby sztuka była żywa. Praktyka jest silna, mocna i krew się leje. Wielu mówi, że to nie dla kobiet. Twoja poprzedniczka silna była i twarda, ale lata jej to zajęło. Lata bólu i pracy. Teraz twoja kolei i jeśli chcesz być częścią tej rodziny, musisz przejść próbę i zacząć się uczyć.
To znaczy – ksiądz kręcił niepewnie – że…
- muszę się z kimś bić? – głos zakonnicy był cieki i nieśmiały. Założyła ręce, jakby wstydząc się tego co mówi – wiem, jestem gotowa.
Ksiądz przechylił głowę zdziwiony a Pietka zaśmiał się nisko, potem ukłonił zakonnicy i szerokim ruchem wskazał środek Sali. Joanna weszła na nia tak, jak szła przez śnieg drobiąc kroki i pochylając głowę przed wzrokiem wszystkich. Bo i wszyscy zaprzestali ćwiczyć i rozstąpili się patrząc.
W głowie każdego dudniła jedna myśl. Jak przeciwnik zakonnicy pokona ją i nadto nie skrzywdzi?
Dziewuszka krucha była i trzeba będzie uważać, żeby nie potknęła się o swoje nogi albo habit.
Zatrzymała się na środku i stanęła nie wiedząc co zrobić z dłońmi.
Jerzy z troską przysiadł na klepisku , a po chwili dołączyli do niego Józek i lekarz, których zawołali młodzi z innego budynku.
Wszyscy patrzyli na środek, a Pietka wskazał jednego ze swoich. Chłop miał z 2 metry i ze 100 kilo. Syn Iwana mrugnął do niego a tamten odpowiedział śmiechem. Zerwał się na nogi i wyszedł na środek. Spojrzał na dziewczynę z góry i pokazał dłonią stojak z bronią. Zakonnica wzruszyła ramionami.
Podszedł do broni i patrząc na nią z uśmiechem zdjął dwa długie na 1,5 metra cepy. Trzymaki były cieżkie i grube a przyczepione do nich rzemieniami bijaki powgniecane i znaczone krwią młodych.
Chłopak uznał chyba ze najuczciwiej będzie dać jej broń najlżejszą, bo kosy topory wydawały się większe i cięższe od niej.
Podszedł i postawiony na sztorc cep włożył jej do dłoni. Ręce miała delikatne i blade tak, że musiała zacinać obie dłonie na drzewcu, wyglądała jakby za nim się chowała.
Duży odszedł i podniósł swój cep. Przyjął postawe i tylko dziewczyna stała dalej tak jak stała. Kiwnął do niej głowa a ona kiwnęła do niego. Chłopak podszedł i zatrzymał się bliżej.
Wszystko wydawało się zatrzymane, twarz Izabeli pełna tej naiwnej niepewności skierowała się na niego. Stał przez chwile a potemi widać postanowił uderzyć ją nie za mocno ale dość silnie, żeby zapamiętała albo straciła przytomniść. Podniósł cep na wysokość barku i wszedł z krótkim młynkiem na jej głowę.
I Ksiądz i lekarz i Józek i nawet Pietka widzieli takie rzeczy już wcześniej, wszyscy tez mniej lub bardziej czegoś takiego się spodziewali. Jednak reszta stanęła z otwartymi ustami gapiąc się na to co się stało. Jeśli zdążyli zobaczyć.
W chwili kiedy tamten wszedł machając cepem Izabela zrobiła krok wprost na niego i wbiła mi koniec trzymaka w gardło. Stała przy tym mocno opierając całe ciało na kiju. Ruch był szybki i pewny. Chłopakowi ścieło nogi, zarzęził i padł ściskając gardło. Obrócił się na brzuch i podniósł na łokciach. Teraz sięgał dziewczynie do pasa. Odrzuciła cep i podwijając habit z zamachem i potwornie silnie kopnąła go w to samo miejsce. Obróciło nim i padł na plecy. Dopadła go kopiąc celnie szpicem buta w żebra.
Nauczyciele patrzyli uważnie nie przerywając spektaklu. Przestała dopiero, kiedy przestał się ruszać. Odeszła kilka kroków dalej i poprawiła poły habitu. Potem widać z poczucia obowiązku podniosła cep i męcząc się z jego ciężarem odniosła powrotem na stojak. Kiedy odwróciła się znów wszyscy obecni pochyleni byli w ukłonie. Panowała cisza przerwana po chwili dopiero przez jęki budzącego się.
Ksiądz wstał uśmiechnięty:
- witamy u nas siostro Izabelo. Mogłaby się siostra teraz zająć rannym?
Izabela kiwnęła głową i podeszła szybko do leżącego, który na jej widok nieudolnie próbował odczołgać się dalej.