Skocz do zawartości


Zdjęcie

Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
306 odpowiedzi w tym temacie

budo_gambit
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2089 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:bardzo dziki wschód

Napisano Ponad rok temu

Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Prolog

było to dawno - napadło mnie znienacka 16 dresiarzy, uzbrojonych po szczerbate zęby w łańcuchy, kije, piły tarczowe, kije do kalaki, sierpy, kłonice i krótką broń maszynową.... Ponadto byli wielcy i władali przeróżnymi stylami, jeden był ekspertem od bjj, inny krav magi, jeden lutecznik karatecznik a inny boxer tęgi, a wszyscy pasjami sikali ludziom po korytarzach....
walka o zachodzie słońca trwała i trwała a szala zwycięstwa przechylała sie to to tam i jeszcze tam... powalałem potężnych napastników boskimi technikami aiki, lotem błyskawicy, w oka mgnieniu, szastu prastu i takie tam....
Gdy kurz opadł stałem samotny na placu wśród oszołomionych napastników. widziałem jak w ich oczach pojawia sie zrozumienie, pojeli bezsens ataku i przemocy. Wdzieczni i uśmiechnięci odeszli w dal bogadsi w człowieczeńtwo - wąchać kwiatki, głaskać kotki, przeprowadzać staruszki i nigdy więcej nie sikać na korytarzach....
to i ja se poszłem

Część pierwsza ewentualnie druga;)

Z przygód Miszcza Mariana część druga...
"Dni kilka później do wrót mojego dojo zapukał jeden z nich
- Miszczu – rzekł – pojąwszy bezmiarm moich win postanowiłem podążać ścieżką niezwyciężonej sztuki. Oto na znak pokuty odrywam orginalne naszywki Adidasa i przyjmuje imię Aikidas, ucz mnie miszczuniu.
Poruszony do łez, do serca przytuliłem Aikidasa przyrzekając solennie przepędzić go po krętych ścieżkach sztuki w te i wewte i to kilka razy.
I tak mijały nam dni na mozolnych treningach. Mój wierny Aikidas ufnie i uporczywie jak ból zęba raz po raz tłukł tym i tamtym próbując fikołków przeróznych. Z ust mych spijał opowiesci o wielkich Miszczach. Przypowieści o Tym Co Się Kulom Nie Kłaniał szczególnie poruszały młode, ufne serce mojego uchideshi.
Aż nadszedł ten dzień gdy szedłem przez miasto rozmyślając jak zawsze o tym jakby to uniwersalny pokój zaprowadzic na swiecie i to zaraz. Mój wierny Aikidas szedł cicho za mną niosąc broń drewnianą i 14 browców na wieczór, które jak ,z dawien dawna wiadomo, wzmagają przepływ uniwersalnej energii tak, że aż strach.
Nagle mój szósty miszczoski zmysł powiedział mi – Orient stary, bedzie zadyma!!!
Trzasnęły drzwi samochodu, zaszeleścił skaj skórzanych kurtek i zobaczyłem. 6 ich było, jeden w jednego wielki, twarze szpetne i okrutne.
- To ty – krzyknął największy – tyś to moich wiernych opryszków pobił i odtąd stracili serce do podłych planów, podstępnych knować, okrutnych rozbojów i takich tam. Zrozumieli bezsens przemocy i tacy są bogaci w człowieczeństwo az się niedobrze robi. Odtąd moje przebrzydłe, społecznie szkodliwe interesy kuleją. Twój czas nadszedł, innemi słowy zbierzesz tera wpierdol!!!
- Ha – pomyślałem
- Ha powiedziałem. Przeszyłem przenikliwie moich wrogów sokolim wzrokiem.
- Podaj mi mój wierny Aikidasie bokken Iwama, beztsubny, tępo skończony. Powinno starczyć.
- Tepym w tępych - dorzuciłem filuternie.
Wziałem oręż w moje wprawione tysiącami treningów dłonie.
- Na nic się zdadzą twe sztuczki – powiedział główny okrutnik – choćbyś i 100 mógł pokonać przeciw kulom nikim jesteś.
A mówiąc to i on i jego przyboczni wyciagnęli broń strzelającą straszliwie
- Aha – powiedziałem. A w głosie moim słychac było spokój 1000 letniego cedru, szum kwiatów lotosu na wietrze i szmer sikajacego przyczajonego tygrysa – chociaz to ostatnie nie za bardzo pasuje....
- O kurwa – powiedział mój wierny Aikidas.
Zmrużyłem oczy i oddechem głębokim połączyłem się z energią wszechświata. Moc mnie wypełniła, przepełniła me hara, zawirowała w seika tandem, poczułem jak me wnętrze pulsuje. Ki rozdymała me wnętrzności, łaskotała w palce i pod pachami napierała na zwieracz odbytu i pęcherz. Powietrze gęste było od mocy, ki skraplała się perliscie na srebrzystych alufelgach ich beemek.
Gdy wystrzelili byłem już tak spokojny, ze normalnie nie wiem.
Przyklejony całym ciałem do ziemi Aikidas ze zdumieniem i otwrtą, wydatną szczęką patrzył jk filuternie i z wdziękiem niebywałem omijam pociski z pomocą tenkanów przeróżnych...."
c. d. n.


Część druga

Marian versus Leon
"Gaudia principium nostri sund saepe doloris"


Tego dnia tłumaczyłem ufnie wpatrzonym we mnie uczniom istotę aiki. Na podstawie własnych przeżyć celnie i błyskotliwie odkrywałem im tajniki, sekrety, zawiłości i arkana...
Wten drzwi dojo z trzaskiem otwarły się i wkroczył do środka Leon. Ten hochsztapler i kanciarz, któryż pod szyldem naszej szlachetnej sztuki jeno kasiore trzepie i młode naiwne duszyczki na złą drogę sprowadza. Za nim wkroczyło pół tuzina jego ogłupionych, ślepo zapatrzonych naśladowców. Włos zmierzwion, keikogi rozchełstane, ryjki czerwone i wsciekłe...
- Ty zaklejasz moje wysokonakładowe, profesjonalne i efektowne afisze swoim badziewiem i to tak, że ni adresu, ni telefonu, ni, o zgrozo, numeru konta zoczyc nie sposób!!!! - ryknął - w ten sposób, jak nic, utrudniasz mie działalność zarobkową i na koszty przeróżne narażasz!!!
- Drogi Leonie - odparłem spokojnie i wyrozumiale - mylnie interpretujesz coś, co ogólnie uznaje się w świecie cywilizowanym za tzw marketing agresywny...
Ten jeno zczerwienił się bardziej i krzyknął:
- Tera to ja ci pokaże marketing
- Hola, hola - ryknąłem słusznym gniewem uniesion - Czyżbys Leonie o zasadach zapomniał???
Należymy do różnych organizacji i dobrze wiesz, co to znaczy. Twoje techniki nie działają na mnie a i ty odporny jestes na moje. Póki płace składki członkowskie w terminie twoje ki jest mi niegroźne.
No tak, zapomniałem - odrzekł zbity jak, nie wiem co, z pantałyku. Ogłupionymi oczkami jął błądzić wokół, szukając żałosnie ratunku. Wten wpadłwszy na jakiś pomysł diabelski spojrzał na mnie fałszywie i przebiegle:
- A tak umiesz??? - rzucił
Po czym bez słowa chwycił jednego ze swoich zauszników za łapę, wykręcił ją okrutnie i miotnął chłopem o ziemie aż zachuczało...
- Taki dżynks prostacki to dla mnie pikuś!!! - rzekłem
Elegancko skłoniłem się grzecznie w stronę rzędu moich uczniów. Wzorowych, zadbanych w śnieznobiałych, zaprasowanych kimonkach a twarzach mądrych i oczytanych. Wezwałem jednego do siebie. Chlubę moją, smukłego jak hart, silnego jak tur i szybkiego jak rącze coś tam.
Podszedł do mnie żwawo i wymieżył cios straszliwy a celny.
Lotem błyskawicy zszedłem na bok i łącząc się z uniwersum wysłałem potężny ładunek ki w jego centrum. Zakreślił koło w powietrzu i spadł na ziemie z hukiem potężnym i jękiem.
- Ooooo - zamruczał rząd moich dzielnych hartów.
Spurpurowiał Leon widząc to i jak nie ciulnie natenczas swojego w papę...nim się chłop pozbierał już ci Leon od tyłu dusić go zaczyna...chwila nie minęła gdy padł bez czucia pod nogi hochsztaplera.
Na to ja z gracją i wdziękiem przejałem kontrole nad centrum swojego z pomocą dzwigni starożytnej i szlachetnej. Ciszę dojo przerwał zgrzyt nadrywanych ścięgien.
- Wooooooow - zaskandował rząd moich orłów.
I takśmy zaczęli. Minuty mijały a to ja a to Leon śmy coraz to straszliwsze techniki zapodawali. Co on tak, to ja tak. Jak on wte to ja wewte. Krew tryskała, zęby dyskretnym stukotem sypały się na matę, siniaki liczne przybierały barwę szlachetnej purpury, łękotki subtelnie zgrzytały zrywane.
Wten Leon przebrzydły postrzegł, ze jeno jeden uke mu lekko pobiy został. Reszte szpetnie połamał i zdrowia w sposób barbarzyński pozbawił... sapiąc i dysząc wzrok we mnie nienawistny wbił i już ci tymi swoimi świńskimi oczkami wiercic zaczyna...
Spojrzałem na niego wzrokiem pełnym szlachetnej pogardy i pojałem, że już tylko broń najstraszliwsza mi pozostała. Poprawiłem poły nienagannego gi, pogładziłem zakładki perfekcyjnie załozonej hakamy i rzekłem głosem dostojnem:
- Wiesz Leonie, ze tysiące treningów i lata medytacji doprowadziły mnie na poziom tak potwornie wysoki, że jakbys tu na nim był przez chwile i popatrzył w dół to by cie normalnie zwymiotło? Pojąłem istotę bytu i znam takie odpowiedzi na które ty bys nie umiał nawet zadac pytań - tu pozostawiłem chwilke na aplaus obecnych - na takim poziomie, Leonie, siły się w człowieku budza potworne i starożytne. Ki taka, ze mózg staje a i przeczucie Cie takie czasem nachodzi, że wiesz co będzie, co było i czasami po co. To że tu przyjdziesz wiedziałem wcześniej, bo mi mój miszczowski szósty zmysł powiedział.
Zza poły wyciągnąłem gustownego formatu uroczą książeczkę.
- Czy wiesz Leonie co to jest? Otóż dziś rano wiedzion przeczuciem zapisałem Cię do naszej federacji i wzorowo jak zawsze opłaciłem składki członkowskie. Tak więc od teraz nie jesteś już odporny na moje ki a i moje perfekcyjne i normalnie od niechcenia robione techniki mogą już być dla ciebie mordercze....
Zadrżał Leon, zadrżeły jego przyboczni.
- Teraz Leonie policze po japońsku do trzech i żeby cie moje sokole oczy wiecej nie widziały bo....
I już ich nie było.
Część trzecia
Tego dnia już od rana Miszcz Marian wiedział, że coś jest nie tak. Na dzień dobry pomylił medytacje z masturbacją i wcale nie było mu z tym dobrze. Żeby dojść do siebie zadał sobie serię nadzwyczaj celnych ciosów i zamierzał poprawić kopnięciem. Jednak zapomniawszy o swoich nadludzkich zdolnosciach odruchowo sam siebie obezwładnił zakładając błyskawicznie szczególnie bolesną i perfidna technikę.
Jak to miszcz stoczył ze sobą krótką i błyskotliwą walkę i jak zawsze wygrał. Nie obyło się oczywiście bez przekroczenia swoich fizycznych i psychicznych możliwości, średniej wielkosci oświecenia i takich tam. Nie dało mu to jednak satysfakcji, Marian jął dumać co jest powodem owego dyskomfortu, nie znalazłwszy przyczyny wykonał 5 tysiecy szomenów prętem żelaznym fi 45. Nie pomogło...
Wykonał krótką ceremonię parzenia herbaty, na koniec dodał cukru w kostkach, mleka, zamieszał i wychłeptał. Nic. Zrobił pawia i nosorożca z papieru... nic. Z jabłonki sąsiada za pomocą poręcznego toporka wykonał zgrabne bonzai. Nic. Nie pomogło też krótkie kabuki przed lustrem, pozostawała już tylko manga i hara kiri...
Wten Marian zorientował się, że nic tylko przez noc zatkała mu się jakaś czakra i olbrzymie pokłady kosmicznej energii ki krążą bez ujścia w rzeźbionym harmonijnymi mięśniami ciele miszcza.
Zgadzało by się, stąd te wiatry - uznał - To moc napiera coraz to mocniej i nie może się wydostać.... a już myślałem, ze to przez wczorajszą golonkę...
Teraz należało jedynie przedkać jakoś zator, żeby moc wydostała się na zewnątrz. Marian kilkakrotnie uderzył głowa w blaszanny okap kuchenki. Coś jakby ruszyło, ale nie do końca.
Postanowił wydać z siebie okrzyk kiai, który to siłę wewnętrzną spotęguje tak, że każdy zator szlak nagły trafi i szczęśliwość zagości od razu na twarzy Miszcza.
Jednakowoż kiai prawdziwe, jak Marian wiedział, pochodzi z głębi, nie z paszczy i siłę ma taką , że ptaki latające na pyski ze strachu spadają. Moc to taka, ze szyby, regipsy i panele szlak na miejscu trafia a fibracje dla ludzkich uszu mordercze jeszcze przez długie dni trzęsą typowymi rurami kanalizacji mieszkań spółdzielczych. Z wyzej wymienionych względów taka forma treningu nie sprawdza się w................ "
  • 0

budo_gambit
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2089 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:bardzo dziki wschód

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Część czwarta by Aiki

dojo . pozostała wiec jedynie Światynia Dymania i Pole Bitewne. Po coż jednakowoż marnowac tak cenne KI ryzykujac odpadniecie galzury oraz połamanie sedesu firmy "Milet" zdobnego w haiku przeróżne. W oczach steksnionych za rozumem pojawila sie iskierka , niewielka jak wojskowa wyobraźnia i czoło mu sie rozjasnilo niczym płat śniegu na Fuji-jamie.
Ha! - pomyslal i iskierka zgasła ... po czym zapanowala chwilowa cisza.. , która zakociły odgłosy szamotaniany. To Marian bil sie z myślami. Gdy ostatnia rozdąsna myśl padła - Marian przypomnial sobie o czym myślał.
Ha! - znow wielka idea rozjaśnila mu oczy. By poczuc sie lepiej powtórzyl to kilka razy.. Ten trudny proces myślenia do którego Marian nie byl przyzwyczajony sprawial mu przyjemnosc. Kolejne gromkie "Ha" odbijalo sie od tatami, origami i ikebany sie trzęsły na stoliczku.
Gdy....

Część piąta by pmasz

Z wyzej wymienionych względów taka forma treningu nie sprawdza się w pomieszczeniach zamkniętych.
Uznał więc Marian, że w takim bądź razie niezbędnym wydaje się udać w tak zwany szeroko pojęty plener. Z racji na brak głuszy i pustkowia w okolicznym sąsiedstwie spiesznie udał się na upszczony uroczo psimi kupkamii skromny skwerek między blokami.
Stanął Miszcz w dumnej pozycji nagimi stopami wbity po kostki w grząski, bogato nawożony życiodajnymi odchodami grunt. Podniósł wzrok ku niebu szukając na owym, beskresiu jakiegoś stworzenia latającego, coby go na matkę ziemi strącić krzykiem straszliwym.
Minuty mijały a to ni cholery, żadne ptaki niebieskie ani innych kolorów się nie zjawiały. Opatuleni przechodnie z podziwem i niezmiernym zdziwieniem wpatywali się w kamiennie szlachetną postać o wzroku pełnym nadziei wbitym w nieboskłon. Co i rusz ktoś rzucał grosz jakiś pod nogi wytrwałego Mariana.
W tym samym czasie Miszcz wewnątrz siebie skupiał cały ten, nierozładowany ogrom kosmicznej energii w jeden ładunek. Ładunek tak niewyobrażalnie wielki jak nie wiem co. Taka siłę co by mogła szarpnąć pociągiem pośpiesznym Szczecin – Przemyśl, 20.58 i to by był dla niej pewnie pikuś.
Czuł jak moc w nim wiruje i napiera. Wiedział, że długo już nie utrzyma i jak nic popuści. Nie czas był na ornitologie, Marian spuscił wzrok na zagapiony w niego tłumek i ryknął.
Oooooooooj długo by opisywać co nastąpiło, oj długo. Porażon decybelami tłumek trwał w bezruchu, zwierzęcym, pierwotnym strachem zmrożon. W ciszy betonowych murów brzmiał jeszcze przez chwilę ów okrutny, dobyty z tajemnych głębin Mariana ryk... potem cisza zapadła doskonała, chwile znów potem dał się słyszeć szelest plastikowej torby, wysuwającej się ze strachem zmrożonej, nieco tłustawej dłoni Michaliny N., kierowniczki zmiany w zakładzie drobiarskim usytuowanym nieopodal.
Wiedzion przeczuciem skierował Marian wzrok na torbę, z której na beton wytoczył się pokaźnych rozmiarów kurczak. Co prawda zwierzę od dłuższego czasu nie żyło a jego zwłoki poważnie zbeszczeszczono ( ktoś bliżej nieznany odrąbał mu głowę i obie stopy, obdarł doszczętnie z pierza i po uprzednim rozcięciu brzucha i klatki piersiowej pozbawił wnętrzności). Fakt jednak był faktem – pod wpływem kiai Mariana ptak spadł na ziemię.
Od razu Miszcz poczuł się lepiej - energia harmonijnie płyneła to tu to tam i czasami spowrotem. Jak nic problem był rozwązany a zły nastrój Miszcza prysł jak mańka bydlana...

Część szósta by bujin

Marian wdzial wysluzone zori i brukowana droga podazyl do miasta. Na rynku zebral sie juz byl spory tlumek gapiow, kiedy to zamaszystym tsugi ashi docieral wlasnie Marian na miejsca zbiegowiska. Do pregieza, do ktorego zwykle przykuwano drobnych zlodziejaszkow z pobliskiego supermarketu, tym razem przywiazana byla malpa. Przy stoliku zaklady przyjmowal gruby jegomosc o swinskich oczkach. Adepci miejscowej szkoly kija, jeden po drugim, wzorowymi nagashi starali sie zwierze trafic. Nawet potezne niczym tsunami kiai nie przeszkadzalo malpie zwinnie unikac uderzen jo. Stal Marian zasepialy, obserwujac, jak sztuka czyniaca cialo posluszne duchowi sromotna ponosi kleske. Wreszcie honoru szkoly przyszedl bronic sam mistrz. Przyjawszy wzorowa pozycje hidari kamae, szybkim jak blyskawica tsuki pozbawil zwierze tchu. Pelna oslupienia cisze przerwalo pytanie: jak...jak to sie stalo?
-To nazywa sie ciche kiai- odparl mistrz.
Pelne zachwytu "o, kurwa" wymsknelo sie z ust Mariana

Część siódma by muha

Miszcz Marian spojrzał na zegarek. Dochodziła 13. Tęsknie spojrzał w przeszłość, w czasy kiedy godzina ta oznaczała cokolwiek... Upewnił się, że conajmniej trzech z jego uchideshi jest w pobliżu, po czym chrząknął znacząco i powiedział "Ten człowiek jest już za drzwiami. Otwórzcie mu." Była to stara metoda budowania swojego image. Opracował ją już w młodości, więc nie bardzo pamiętał o co chodziło w tym całym image, ale wyrobione nawyki zostały.

Jeden z uczniów szybko podbiegł do drzwi i otworzył. Istotnie, stał tam już gość. Miszcz umówił się z nim przed tygodniem, że zjedzą dziś obiad o 12:30. "Nigdy nie można wierzyć w punktualność innych, a image nie cierpi nawet najdrobniejszych potknięć" - nauczała przeszłość.

"Witaj. Masz talerz?" - zażartował Miszcz wpuszczając gościa do środka.

"Ja ciebie też" - odpowiedział gość spode łba. Był już w środku. Lutego.

Weszli głębiej. Ukłonili się wspólnie przed portretem Wielkiego Moderatora filuternie spoglądającego spod pióropusza, potem zapalili kadzidełka przed ołtarzykiem z na wszelki wypadek zamazaną postacią bóstwa. Marian nigdy nie mógł się zdecydować na wybór religii. Chcąc iść w ślady twórców aikido zajmował się kolejno Omoto, Omote, O! Motor, All Motours, Almatur, Amur-Tour i Murator. Zresztą nie było to ważne, gdyż jako gości zapraszał wyłącznie swoich wielbicieli, którym mógł w razie potrzeby narzucić swoje poglądy, albo nawrzucać, albo ich wyrzucić.
Zresztą sam ołtarzyk stanowił w ceremoniale Miszcza Mariana obiekt najważniejszy. Lubował się w opowieściach na jego temat. Miał on postać bramy do dojo (drzwi plastikowe antywłamaniowe), której strzegły dwa pingwiny. Ptaszyska znajdowały się w charakterystycznej dla aikido pozie groźnego mae-ukemi. Jeden z nich właśnie zaczynał pad, a drugi podnosił się z niego. W ten sposób miały stały kontakt wzrokowy z Miszczem, ilekroć na nie spojrzał. Nie ma co ukrywać, że pomysł takiej symboliki zrodził się właśnie w Jego przepełnionej pomysłami głowie. Rozumowanie było proste. Pingwin biega po ziemi drobiąc kroczki jak gejsza - powiązanie z Japonią, a co dalej idzie z aikido było zatem oczywiste. Miszcz Marian wspomniał kiedyś również o długim i mocnym dziobie ptaszyska. Niektórzy podśmiewali się potem wspominając jak próbował wybrnąć z tego znajdując coraz to kolejne powiązania prowadzące w stronę sztuk walki. Długo się nie pośmiali. Image nie cierpi nawet najdrobniejszych potknięć...

W czasie obiadu Miszcz postanowił zdradzić gościowi jedną ze swych najściślej strzeżonych tajemnic. Drobnymi sugestiami sprowadził rozmowę na sprawy budowlane, potem architektoniczne, przemknął zgrabnie przez ulgę podatkową na zakup cementu i dotarł do budowli sakralnych. Mimochodem przeskoczył na Antarktydę, chodowlę drobiu i w ten sposób nie było już problemu, aby porozmawiać o pingwinach i ołtarzyku. Zasłuchany gość z uchylonymi ustami pełnymi zwisającego makaronu wsłuchiwał się w słowa Miszcza.

I rzekł Miszcz w te słowa. Było to dawno temu, kiedy jeszcze nie wszyscy wiedzieli, że jestem Miszczem. Nawet mój nauczyciel nie wiedział, ani jego nauczyciel. Tylko ja wiedziałem, ale nie mówiłem, bo bym dostał wpierdziel za nadawanie sobie bezprawnie tytułu 'O'. A trzeba ci wiedzieć drogi gościu, że mój nauczyciel wielkim był aikidoką a i propagatorem niemałym. Zbudował ci on dojo w nowym mieście, gdzie aikido jeszcze nikt nie znał. No nie ci zbudował baranie, tylko to taka forma. Ma się klasę, nie? No więc zbudował CI on dojo w tym mieście i żeby jakoś się wyróżniało, postanowił postawić przed nim jakiś symbol. Wybrał pingwina. Tak tak, mój drogi. To nie ja pierwszy wpadłem na ten pomysł. Nauczyciel mój miał zwyczaj ubierać się na treningi w śnieżnobiałe kimono i kruczoczarną hakamę. W tamtych czasach nikt nawet nie myślał o tym, by założyć dres. Wyobraź sobie jakie mieli problemy z odróżnieniem poziomu swych umiejętności. Albo miał taki hakamę, albo nie miał. Ani kolorowego obi, ani pasków na rękawach i nogawkach, które łatwo można liczyć. Dochodziło do tego, że aby porównać umiejętności niektórzy wojownicy wchodzili na matę i staczali pojedynki! Na szczęście te barbarzyńskie czasy mamy już za sobą. No ale wróćmy do tematu. Wybrał więc mój nauczyciel pingwina, jako że ptaszysko to takowoż czarno-białe było jak i on. Wahał się wprawdzie jeszcze między dalmatyńczykiem, krową i niedźwiedziem Panda, ale kto by takie idiotyczne symbole wybierał...

Stanął więc pingwin przed bramą nowego dojo. Jeden był jeno, ale postawny. Trzech chłopa by go za nadgarstek nie złapało. Wogóle zresztą nie miał nadgarstków. Miało być tych pingwinów dwóch, ale w całym Hunterze nie mieli materiału na drugą taką hakamę. Aikido rozwinęło się w tym mieście pięknie. Uczniowie przybywali setkami, regularnie składki płacili. Konkurencyjne szkoły sztuk walki poupadały. Ich mistrzowie chcieli pojedynkować się z mym nauczycielem, a on ich jednego po drugim rozkładał. Głowy jeno na ścianie dojo wisiały ku przestrodze pokoleniom. I ja tam wtedy byłem. Pomagałem jak mogłem w treningach, składałem mu tą pieprzoną hakamę, prowadziłem stronę WWW i księgowość.
Ale niestety. Zapomnieliśmy o jednym. Aikido to ruch. A myśmy tak dalece wycięli w pień konkurencję, że nie było już z kim walczyć. No i zrobił się zastój. Zapisane mieliśmy już całe miasto, więc nikt nowy nie przychodził. Wszyscy studiowali pilnie, więc nie było kogo poprawiać na macie. Znudziło się ludziom i zaczęło być strasznie. Ale któregoś dnia przybył nieznany nikomu człowiek i powiedział, że chce się z mym nauczycielem zmierzyć. Rosły był, umięśniony. Do dojo wszedł na rękach, zrobił dwieście pompek, połamał przyniesione ze sobą cegłówki, zawirował jo aż wiatr się zrobił i dudniącym głosem wyrzekł "Onegai shimasu". Wszyscy obecni zdrętwieli. Już wiedzieli, że bez przymusu bezpośredniego się nie obejdzie. Stare chwyty z niewpuszczaniem gościa za niezapłacone składki nie pomogły. Wykpił się rzucając mi przed nogi zwitek banknotów.

Usiedli więc naprzeciw siebie. Mój nauczyciel i nieznany nikomu gość. Ki zaczęło szaleć, choć żaden z nich ani nawet nie drgnął. Kurczak mrożony przerzucony pomiędzy nimi lądował z drugiej strony upieczony na brązowo z ziemniakami i sosem. Ściany dojo drżały. My drżeliśmy. Drgania ustały dopiero kiedy metro przejechało dalej. I wtedy okazało się, że przybysz nie tylko mięśnie ma ale i pod łepetyną nieźle. "Nim zaczniemy" - rozległo się z jego gardzieli - "widzę, żeś aikidoka, pokojowo nastawiony. Może więc obejdzie się bez jatki. Dam ci więc aikidoko jedno zadanie. Poradzisz sobie - odejdę. A jak nie, to będzie wpierdziel."

Mistrz mój zgodził się. Wyszli przed dojo, a my wszyscy za nimi. Przybysz rozejrzał się wokół siebie, podszedł do posągu pingwina i jednym krótkim wejściem wykonał na nim ikkyo. Ziemia zadrżała od upadającego ptaszyska. "Chodź tu teraz, mistrzu" rzekł gość. "Zrób na tej kaczce jakąś technikę, a odejdę i nikomu włos z głowy nie spadnie" I zamarł mój mistrz. Zrozumiał wtedy, że zadania nie będzie w stanie wykonać. Powalone ptaszysko ani drgnęło, a wszakże jak on miał technikę wykonać, gdy ruchu nie było, ataku też, a w dodatku posąg leżał dziobem w dół nie zachowując kontaktu wzrokowego. Stanął więc mój mistrz nad ptakiem, że niby czekając aż ten się podniesie dając mu szansę na irimi-nage. I stał tak, stał, w swej kruczoczarnej hakamie i śnieżnobiałym gi. Stał cały dzień, noc, kolejny dzień. Przybysz już dawno odszedł w poczuciu zwycięstwa. A widok stawał się coraz bardziej żałosny. I uczniowie zaczęli odchodzić jeden po drugim. Tak skończyło się aikido w owym mieście nieszczęsnym. Mistrz padł wkrótce z wyczerpania. Zdążył mi tylko powiedzieć "Czerp z tej nauki". To były jego ostatnie słowa... No i całe życie noszę w sobie ten obraz mistrza stojącego nad pochylonym pingwinem. To te właśnie postacie umieściłem na ołtarzyku. Dla niepoznaki tylko są to dwa ptaki.

I zapadła cisza przeznaczona na przemyślenie opowieści.

"A gdzie jest kompot" zapytał rezolutnie gość. I nieopatrznie parsknął śmiechem. Długo nie poparskał. Image nie cierpi nawet najmniejszych potknięć.
  • 0

budo_gambit
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2089 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:bardzo dziki wschód

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Część ósma by Szczepan

Marian na progu Swiatowej Slawy.


I tak mijaly dlugie lata......miszcz Marian pozbywszy sie chytrze miejscowej konkurencji w Aikido, osiadl na laurach, a raczej na swoich rozrastajacych sie do slusznych rozmiarow posladkach. Tlumy studentow zadnych duchowej strawy i mistycznej energii Qui regularnie zasilaly jego kase, rada miasta na czele z prezydentem, rabinem, i proboszczem zasiegala jego rady w momentach kryzysu w negocjacjach z pracownikami sluzb miejskich czy tez buntujacymi sie przeciwko panszczyznie rolnikami...jak i zapraszala go na herbatke z ciastkami, ktore opozycja tak niezrecznie nazywala orgietkami.
Pewnego mglistego poranka, tak kolo 12.38 mily brzeczyk komorki wyrwal Mariana z ramion Morfeusza oraz 15 letniej Gertrudy - kandydatki na 18 kyu ? zblizala sie pora Egzaminow w Dojo. Marian bardziej zaspany niz wsciekly puscil odruchowo wiazke przeklenstw, tak dla porzadku, poszukal po omacku niedopitego kieliszka z doskonalym Bordeaux 1985 Chateau Rotshilde appellation controlé, Grand Cru Classé.

W komorce zastraszony glos jego wiernego Aikidasa uginal sie w poklonach. Miszczu! szemral miekki, aikidasowy glos, jakis Producent koniecznie chce sie z Miszczem spotkac i to jeszcze dzisiaj! ? Aikidas nie smial przekazac nalegania Producenta ze spotkanie ma byc NATYCHMIAST!
Marian przypomnial sobie ze na jednej z herbatek z ciasteczkami spotkal pewnego magnata finansowego i producenta likworu miodowego, ktory zapraszal go do swej posiadlosci na degustacje corocznych zbiorow miodu. Pewny ze doskonale zidentyfikowal osobe, zbesztal swego uchideshi ze ten go nie obudzil wczesniej i kazal podstawic swoja Lancie tylko ino migiem!
Dzieki temu ze dzielnicowy osobiscie wstrzymal ruch na Obwodnicy Miasta, Marian juz 3 minuty pozniej zakrecal kontrolowanym poslizgiem na parkingu przed Dojo.

Marian, ktory natychmiast dostrzegl swoja pomylke(w koncy byl znawca jak malo kto samochodow jakimi poruszaja sie miejscowi dygnitarze) i wahal sie pomiedzy ostrozna ciekawoscia i potworna zazdroscia widzac czerwone Ferrari z ubieglego roku zaparkowane na jego wlasnym miejscu na parkingu.

Producent nie bawil sie w z zbytnie formalnosci ? miszczu! wykrzyknal, tylko Pan i nikt inny! Potrzebujemy pana natychmiast, wlasnie krecimy serie filmow o Morderczych Sztukach Walki i nasz glowny aktor o barwnym nicku filmowym Zdef Zigul stal sie Tulku, zasiadl w grocie w Himalajach do Medytacji i przysiagl ze juz nigdy wiecej nie bedzi uzywal przemocy. Miszczu, blagal go Producent, pan jest nasza jedyna nadzieja, moze sie jeszcze uda wepchnac te filmy do wypozyczalni video! Inaczej mafia nas rozliczy za kase jaka nam pozyczyli i O Zgrozo! Zabiora mi moje ubiegloroczne Ferrari.Chyba nie chce pan zebym musial uzywac starego, dwuletniego modelu? -pytal wzrokiem pelnym nadziei Producent....

Tu nastapily nagocjacje, wiadomo, Marian, jako shihan zaprawiony byl i bezlitosny, uzywal slynnej techniki negocjacyjnej IRIMI ktorej sekret wykradl swemu staremu nauczycielowi Japonczykowi.
Po podpisaniu wielomilionowego kontraktu, Producent przedstawil Marianowi jakie czekaja go zadania w najblizszym czasie.
1. Stac na miejscu, zamiast Zdefa Zigul?a tak zeby operator mogl dokladnie ustawic swiatlo i ostrosc kamery.
2. wyszkolic w Morderczej Sztuce Aikido nowego aktora o nazwisku Romek Wiedzma, ktorego Producent szykowal po cichu jako nastepce Zigul?a.
Marian choc nie do konca przekonany czy poradzi sobie z tak trudnym zadaniem, bohatersko nic po sobie nie pokazujac, wykonal blyskawiczne MEGURI i rozczal wstepne cwiczenia magiczne AIKITAISO....cdn

Część dziewiąta by pmasz

Marian walczy ze soba"

Marian leżał na trawie ciężko dysząc. Słóńce świeciło mu w posiniaczoną twarz filuternie igrając promykami między opuchniętymi, nabrzmiałymi krwiakami oczkami a skrzepami zaschniętej posoki na rozrytej głęboko i szpetnie brodzie...
Marian zbierał siły, Marian dochodził do siebie, Marian jak ranny tygrys szykował się do skoku...
Zerwał się rycząc dziko i i powłócząc skręconą paskudnie w kolanie nogą jął pokracznie i żałośnie biec w stronę najbliższej brzozy. Wpadł na nią z siłą potworną aż jękły konary piastowskiego drzewa. Wgniotłwszy solidnie głową pień padł Marian bez ducha w miękką ściólkę leśną bardzo nieopodal. Umięśnione ciało Mariana legło miażdząc bezlitośnie kark wystającego z kopca zaciekawionego głupawo kreta.
Marian walczył ze sobą. Marian chwilowo przegrywał....
Zalegla cisza nad zagajnikiem. Drzewa szumiały uroczo a ośmielone nagłym spokojem ptaki jeły trelić i świergotać. Słońce rozgrzewało żywo zieloną trawę, błekitne niebo dostojnie kontrastowało z blado zielonymi liśćmi topoli. Zaciekawiony ptaszek przysiadł z wdziekiem na unoszącej się miarowo piersi Mariana. Przechylił uroczo purpurową główke i spojrzał z troską na twarz miszcza.
Dostojnie i z rozwagą wiekowy łoś wynurzył się z kniei. Imponujące, ciężkie poroże obciążało szlachetną głowę króla kniei. Pochylił się ze smutkiem nad pokiereszowanym ciałem Mariana.
Zbudzony łaskotaniem delitakatnych nóżek ptaszyny Marian otworzył zapuchnięte oczy.
Odruchowo, błyskawicznie i w oka mgnieniu zerwał się na nogi w tak zwanym międzyczasie przegryzając szyję ptaszka.
Jako miszcz brazylijskiego ju jutsu z wprawą zciął łosia z nóg. Kiedy ten z hukiem zderzył się z ziemią szybkim i błyskawicznym ruchem Marian ukręcił mu kark.
Rozejrzał się po polanie. Podniósł z ziemi sękaty konar i jął nim okładać potężny pień dębu. Stącona jednym z uderzeń z drzewa wiewiórka rozbiła główke o wystający z trawy kamień. Małym, rudym ciałkiem wstrząsnęły drgawki i zastygło w bezruchu.
Marian nadal walczył ze sobą.... "


Miecz Mariana"
"Na schodach dojo Miszcz ostrzył osełką swój wysłużony miecz. Z dumą patrzył jak promienie bladego już słońca graja na szlachetnej stali ostrza. Podziwiał dostojny kształt klingi, groźną wyniosłość ostrza i delikatny wzór na tsubie. Miecz przed laty wykonał sam. Klinga wyklepana z resora firmowej przyczepy Ursusa C-360 3P z silnikiem Perkinsa, tsuba z kółka zębatego roweru Wigry 3 – słowem produkt krajowy i ekologiczny. Dzięki takiemu procesowi produkcji Marian czuł metafizyczny kontakt z orężem. Żec można – czuł go całym sobą. Wrażenie to potęgował dodatkowo zapach smaru Tavox Exstra, którym to miszcz konserwował skutecznie oręż."
  • 0

budo_gambit
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2089 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:bardzo dziki wschód

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Ciąg dalszy części dziewiątej

"Depresja Mariana"
"Siedząc na schodach dojo Marian strugał poręczną siekierką zgrabne tanto. W zamierzeniu miało to być jo, ale zamysł pd wpływem, powiedzmy nieszczególnych zdolności stolarskich Mariana przeewoluował w stronę bokkena a potem rzeczonego tanto. Sam wynik rozczarował Miszcza, rozejrzał się, czy nikt nie idzie, wywalił tanto w krzaki, hałdę wiórów rozsypał kopniakami na boki, wbił siekierke jak zawsze w drzwi dojo i poszedł się przejść.
Pogoda była ładna, szedł polną dróżką kopiąc kamyki. Słonko świeciło mu w oczy. Marian się nudził.
Od jakiegoś czasu nic mu się nie chciało. Co prawda prowadził, jak zawsze mordercze treningi, ale od pewnego czasu, przestał sam cwiczyć i tylko sporadycznie katował do nieprzytomności to dwóch, to czterech uczniów. Nie sprawiało mu to jednak takiej przyjemnosci co kiedyś. Kiedyś dzwięk łamanych łokci był muzyka dla jego uszu, a nic tak nie poprawiało jego nastroju jak średniej wielkości wstrząs mózgu. Nie za poważny, taki z zawrotami głowy i dreszczami. Ale bez krwawienia i bron Boże wymiotów. Nie lubił teatralnej przesady...
Od kilku dni nawet nie przebierał się na zajęcia. Stał w rogu sali patrząc ze zbolała twarzą jak jego orły zgłębiają, studiują, pocą się sapią i takie tam. Na krótko wciągnęło go nowe zajęcie. Stojąc na skraju maty rzucał w ćwiczących kapciami. (wykrzykiwał przy tym senstencje „ Bądź zawsze gotów!”, albo „ Orient!”) ale i to szybko mu się znudziło.
Tego dnia Marian przekazał asystentowi taśmę magnetofonową z nagranymi komendami. Sam oznajmił, że przeżywa olbrzymi kryzys i zatracił sens, cel i w ogóle niech już spada bo zgarnie w papę.
Idąc tak polem bez celu, zozumiał, że zatracił cel, że podąża bez celu i że to bezcelowe bo w ten sposób nie osiągnie zadnego celu . Całośc rozumowania była celna i celowa, ale nie osiągnęła celu – Marian się nudził. Jak obudzić w sobie pasje? Jakze zabić marazm i otępienie. No jakże?
Wrócił Miszcz myślami do czasów, kiedy młokosem będąc poczuł tę pasje ten pierwszy raz.
Kiedy to pyzaty okularnik Marianek pierwszy raz wszedł do dojo. Kiedy oglądając zajecia opadła mu otłuszczona szczęka ukazując szereg sympatyvcznych mleczaków. Jak dziś poczuł wzniosłe uczucie które mu wtedy towarzyszyło: „Zostane Miszczem – nastukam Zenkowi z 5c, ubiorę wypaśną hakamke i będę bzykać wszystkie laleczki z młodszej grupy........ acha i zaprowadzę pokój na świecie i tą ... no.... harmonię... cokolwiek to kurde znaczy...”
Tak wrócic w te czasy, poczuc to wszystko znów, tą pasję. Marian skupił się na chwilę i nie poczuł pasji - nie widział celu... Weschnął i ruszył powoli dalej.
Na rozdrożu, przy zaroślniętej kępkami rumianku hałdzie śmieci słożywszy głowę na kamieniu spał żul. Promienie słońca grały na jego zaczerwienionej używkami twarzy, nieopodal, w kępce suchej trawy, złożona delikatnie i czule spoczywała butelka.
Marian spojrzał na nią, podniósł i począł przez niął patrzeć na zalany słońcem świat. Otworzył i powąchał.
Miszcz odrzucił ziemskie używki już lata temu i szczerze mówiać w ogóle go nie ciąłgnely...
Jednakże w tej chwili owa butelka zdała mu się mistycznym rozwiązaniem".

Część dziesiąta

Marian na stazu....
Marian wybierał się do stolicy. Miszcz nie lubił opuszczać swego miasta, zżyty okrutnie z głębią jego szarości. Zdawał się czerpać nieskończone siły z wszechobecnie otaczającego go brudu, miernoty i graniczącego z nędzą ubóstwa autochtonów i tybylców.... Wdychał kurz i szarość przeobrażając ich realność w siłę okrutną sam stając się jej esensją i tak dalej....
Czuł się jak wyrwana z życiodajnej gleby marchewka, no może por, albo coś większego – powiedzmy burak cukrowy.... tak, zdecydowanie burak.
Marian jechał na staż. Już od dawna Miszcz czuł , że spiął się już na wyżyny doskonałości technicznej a cała ta reszta – ki, duchowośc, samorozwój, osobowość i tak dalej – to już normalnie szkoda gadać.
Marian postanowił zdać egzamin na wyższy stopień...
Wiązało się to początkowo z pewnym problemen – otóż sam nie wiedział jaki własciwie ma stopień...
Okazjonalnie Marian używał różnych stopni do rzeczy takiej wagi jak numerek przed nazwiskiem nie przywiązując szczególnej wagi.
I tak z tacji na to że 7 była jego szczęśliwym numerkiem najczęściej używał tego stopnia. Na plakatach zwykł umieszczać ósemkę – celnie zauważając jak uroczo jej owalność kontrastuje ze zdecydowanym kształtem pierwszej litery jego imienia.....
Przedstawiajac się znajomym miał zwyczaj tytułowac się niezobowiązującym numernkiem 4, czasami dla pikanterii dorzucając tytuł miszcza europy albo bardziej kameralnie Polski....
Ostatecznie Marian uznał, że nie będzie dochodzić zaginionych w mętnych mrokach dziejów faktów i po prostu zda egzamin.
Marian ufny był bez miary, że miszcz staż prowadzący jednym spojrzeniem skośnych oczek rozpozna bezkres marianowego miszczostwa i nada mu odpowiedni numerek.
Świtem bladym i chłodnym szedł opłotkami, podwórkami, przemykając chyłkiem za śmietnikami i hałdami drobniastego wegla na grudach którego srebrzyście świeciły krople porannej rosy.
Kluczył, gubił ogon, zastygał w bezruchu, gotował się do ataku, przystawał, zrywał się do bezszelestnego truchtu, takie rzeczy – jak to Marian...
W końcu dotarł do dworca, przystanął zadumy pełen przed szarą jego dumną bryłą....
Kupił bilet i jak zawsze niepostrzeżenie przemknął na własciwy peron. Jednakże miał przeczucie, że nie jest sam, wyostrzone jak nie wiem co zmysły Miszcza ostrzegały go przed jakimś namacalnym, bliskim niechybnie zagrożeniem....
I stało się. Poczuł jak ich wzrok wręcz kłuję jego muskularne ciało jeszcze nim wynurzyli się z cienia.
Oddział SOK- istów otoczył Mariana bezszelestnie.... ściskając potężne tomfy siedmiu wprawionych w setkach dworcowych potyczek zatoczyło koło wokół niego. Jasno szare mora opinały ich potężne ciała a spod durnych czapeczek z daszkiem wyglądały złośliwe oczka osadzone głęboko w kwadratowych, obstrzyżonych głowach.
Otoczyli go jak stado lwów, odcieli drogę ucieczki.... nie wiedzieli, że Marian nigdy nie ucieka....
Nie bronił się ... zaatakował. Nie trwało o długo i jak przypuszczał nie należeli do tych którzy się wycofują. Wszystkim poprzetrącał kolana i połamał ręce.
Pociąg ruszył o czasie a czas mijał szybko. Podróż minęła spokojnie, nielicząc dwóch incydentów.
Za pierwszym razem – jeszcze na korytarzu będąc Miszcz z łatwością rozpoznał w tłumie groźny, uzbrojony gang afgańskich złodziei sprytnie przebrany za zastęp 10 letnich blond harcerek. zszedłwszy do poziomu suwari – rozbił gang bez trudu.
Drugim razem, siedząc przy oknie Miszcz usnął znurzony złożywszy głowę na rękojeści miecza. Zbudzony przeczuciem jeszcze nim dłoń konduktora wykonała kata dori (wedł. Prof. Miodka – kata tori). Miszcz obezwładnił go szybko wyrwanym mu zza pasa dziurkaczem....
Stolica powitała go chłodem. Wtopił się w tłum i szybkim marszem ruszył w stronę niezbyt odległego dojo. Udało się bez trudu, żadne ze służb porządkowych nie stanęły Miszczowi na drodze.
Sala była już pełna lokalnych i przyjezdnych Miszczów. Tłum kłębił się robiąc grożne miny na korytażu. Wiła się długaśka kolejka do stolika gdzie wyjątkowo brzydka dzieweczka za pieniądze przybijała dziwne pieczątki w dziwne książeczki. Marian ukrył się w rogu za drzwiami. Niezauważony przez nikogo jął bacznie obserwować tłum i oceniać celnie sytuacje. W śnieżnobiałych kimonkach Miszczowie udawali się od kasy na sale poklepując się, mówiąc: „ Hej!!!”, „Acha!!!” i inne krótkie, formy językowe... byli pyzaci, unosili szeroko łokcie do góry a wszyscy bardzo często poprawiali czarne pasy pod ślicznymi hakamkami, szczególnie w obecności przyszłych Miszczów. Znaczy tych bez hakami. Kobiety były brzydkie, kobiety – Miszczynie były bardzo brzydkie. Unosiły też łokcie do góry i mroziły wzrokiem, zwłaszcza inne kobiety....
Marian przemknął do szatni. Zzuł słomniane, własnej roboty zori, przebrał się szybko, oddetchnął głęboko, uniósł łokcji do góry, wypiął policzki i kołysząc się na boki ruszył do wyjścia. W korytarzu, przećwiczył na przechodzącym obok początkującym poklepywanie i „Hej!!!”, okrzyk wyszedł nieżle, ale klepnięty przez Mariana w ramię padł bez ducha na ziemie ze złamanym obojczykiem. Miszcz zaciągnął go do toalety, skotygował klepnięcie i ruszył dalej. Wdzięcznie ominął kojejkę i robiąc częste hej!!! i acha!!! klepiąc i kołysząc się dotarł do sali. Stojący przy drzwiach młodzian chciał od niego czegoś niezrozumiałego i po jakiejś chwili Marian jął tracić swoją nieskończoną cierpliwość. Klepnął go nieco mocniej, rzucił „Hejj” i kołysząc się szykbo wtopił w tłum nim tamtem głucho zderzył się z parkietem....
Marian siadł głęboko w rogu sali przyglądając się tłumowi. Stali, siedzieli, leżeli. W stadkach i pojedyńczo

Marian siadł głęboko w rogu sali przyglądając się tłumowi. Stali, siedzieli, leżeli. W stadkach i pojedyńczo. Gwarząc, prężąc się i wykonując ruchy różne.
Czas praktyki nadszedł i siedli wszyscy w rzędach równiuśko czekając przyjścia miszcza głównego.
Zrazu wynużył się miszcz lokalny, pokaźnych rozmiarów wyróżniający się wśród tłumu onieśmielającą wszystkich tuszą- widomą oznaką stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa...
Zdawał się przypominać Buddę, gdy z jego małych, otłuszczonych ust spływały słowa powitania i nawoływania do terminowej opłaty. Zakończył mowę zgrabnie reklamując możliwość nabycia koszulek, kubeczków i pamiątkowych płatków kukurydzianych z podobizną Miszcza... małymi kroczkami opuścił cenrum maty, wytaczając płynnie opięte kimonkiem olbrzymie brzuszysko.
Chwila ciszy i bezruchu trwała zdawałoby sie bez końca, atmosfera tężała, napięcie wzrastało, drżały w napięciu tłustawe twarze adeptów.
I wtedy wszedł był. Marian zdębiał. Oczekiwał, a jako, że oczekiwania miał wielkie i to wielkiej persony oczekiwał. Miszcz był malutki, łapki miał krótkie, chude i przeźroczyste.... marian spojrzał na swoje łapy iście niedzwiedzie, włos czarny i grudy, kędzieżawy...
Zaczęło się powoli pomachali tym i tamtym, parę kucków i już. Miszcz jął techniki pokazywać. Marian zdębiał okrutniej....

Marian oniemiał... już drugi raz pod rząd. A, że Miszcz z niego straszny Marian nie miał zwyczaju niemiec. Wrażenie to takie nowe dla niego było i odkrywcze że omiemiał sobie jeszcze raz. Spodobało mu się i zapamiętał , żeby czasami w czasie wolnym oniemieć raz czy dwa razy....
Dobra, już wracam do przerwanej linii fabulrnej – chociaż zjawisko onieniania wydaje się ciekawsze. Ale, jak już chcecie.
Otóż miszcz głowny miotał po macie wielgachnym chłopiskiem. Ten go za tą mała łapke i nim się spostrzeże myk i sru dupskiem w mate....
Rozdziawił Marian usta. Krwi krzaczaste z niedowierzaniem łapą jak bochen przeczesał i patrzy.
A wielgachny lata i lata wte i wewte, cielskiem w powietrzu koła zatacza i raz po raz w podłoże z hukiem poteżnym uderza...
Zdziwił się Marian jak nigdy bo on przecie Miszcz, a takiej sztuczki nie znał – bo i wielgachny ani razy w trakcie w dziub nie dostał ani symbolicznej posoki z nozdrzy nie popuścił ani nawet dyskretnego zgrzytu rwanych ścięgien tłum nie usłyszał....
I zaczęło się - tłum myk, myk do umówionych wcześniej par wyrywa i byłby Miszcz Marian sam jak ten paluch został gdyby w ostatniej chwili sprytnie jednego za noge nie chwycił. Chwycił, do siebie przyciągnął zgrabnie się ukłonił i chłopa za łapke złapał. Tamten przez chwilę jeszcze się wyrywał i trochę uciekał, ale Marian spokojnie jak ten pyton jeno uchwyt zacisnął i wzrokiem zimnym jak stal nieheblowana oponenta jął mierzyć...
Zaczął ci on się miotać na boki sztuczkę prowadzącego nieudolnie powtórzyć próbując. Ubawion szczerze Marian patrzył czas jakiś na to i w końcu sam wystawił łapę do złapienia. Tamten ożywił się nieco i zacisnął różowiutkie, pulchne paluchy na twardej jak dwutygodniowy chleb żytni, razowy łapie Mariana (chociaż to porównanie po niewczasie wydaje mi się nieco głupawe – tym niemniej nie odstaje od reszty).
I zaczął Marian próbować i jakoś mu nie wychodziło. Odkąd jeno miszcza prowadzącego zoczył jakiś dziwny niepokój zagościł w jego jak tygrysie umięśnionym sercu (...też głupawe...).
Instynkt i zmysł miszczowski wyczuwał jakąś mistyfikację i przez myśl przeszło mu nawet czy aby cały ten staż nie jest jakimś hochsztaplerstwem, pułapką. Czy to aby nie część egzaminu? Odsunął Marian tę myśl podejrzliwą hen hen i dalej ochoczo zabrał się za ćwiczenie . Pyzaty trzymał mocno, z satysfakcją gapiac się w błekitne oczy Mariana. Ten próbował czas jakiś i w koncu uznawszy, że formę techniki można swobodnie dostosować do warunków charakterystycznych danej personie (patrz: wzrost, tonaż, zasięg łapków, a również: światopogląd, charakter, wyznanie, orientacja seksualna i imię psa) subtelnie i z wdziękiem wpłótł był w formę wyjściową serie uderzeń pięścią w potylicę gustownie przeplataną ciosami łokciem w tchawicę. Efekt zadowolił Mariana, jednakze serią nieartykułowanych dzwięków Pyzaty odmówił dalszego zgłębiania techniki żałosnym truchtem znikając w morzu tłustawych ciałek. Stał Marian samotnie, dumny i piękny jak pomnik wieszcza w słońcu (koniecznie bez gołębi!!!).
Następny dziwny był jakiś – zaraz po ukłonie powiedział Marianowi wiersz o wiośnie i kwiatkach. Uśmiechał się szeroko i radośnie, oczkami na niebiesko podmalowanymi mrugając. Podszedł w hakamie w kwiatki i Marian poczuł wyraźnie zapach fiołkowych perfum. Sadząc podskoki urocze dziwoląg zdawał się próbować powtórzyć technikę bez kontaktu fizycznego.... i bez skutku niestety.
Marian skolei powtórzył swój wariant ruchu z silnijszym alcentem na uderzenia w potylice....
Marian tracił cierpliwość, coraz to wracała do niego obawa że to koszmar jakiś, że zamorski miszcz może to jakis podnajęty drobny handlaż z pobliskiego stadionu, człowiek najwyraźniej zacny i szlachetny ale na sztukach wojennych nieszczególnie się znający.... i wtedy pojął. Ta myśl uderzyła go jak nie wiem co w co (nieszczególne porównanie, ale jakie daje możliwości interpretacji!!!)
Wiedział. Miszcz kryje się w tłumie, dyskretnie obserwując adeptów. Tak. To ma sens. Zaczął przeczesywać wzrokiem trzysetny tłum i pojął że ów mistyczny miszcz wcale zamorski być nie musi..... cały ten staż to jeno pretekst by wszystkich zgromadzić i ich kunszt porównać....
Myślą tą wiedzion popędził w róg maty gdzie miszcze lokalni ćwiczyli. Hakamy furczały ciałka latały wysoko i spadały z hukiem. Trwało to trochę nim udało mu się rozbić jakąś parę. Mieli oni bowiem zwyczaj dziwny studiowania ruchu jedynie ze swoimi zausznikami, obcych zdawali się nie widziec zanurzeni gdzies głęboko w bezmiarze swojego miszczostwa.... musiał więc Marian w miedzyczasie ćwiczyć z Kobietą – Słoniem (nazwał ją tak, ze względu na wagę i hałas robiony przy przewrocie...)
I Człowiekiem – Gumą (ze względu na zakres rozciągniecia stawów i żutą w czasie zajęć gumą owocową).
W końcu dopadł jednego z Miszczów. Widok jego wzbudzał szacunek Mariana – postać rosła, mięśniasta, łapy wielkie, czarno owłosione wielki łep kwadratowy, łysiejący, wąs kszaczasty i bujny.
Miszczu jak się patrzy, jak w mordę szczelił, że hej i takie tam.
Chwycił Mariana za łapę i ten już miał się za technikę zabrać, kiedy zauważył, ze miszczu wąsaty jakoś dziwnie w bok patrzy Mariana niezauwazając. Zdziwił się Marian nie wiem już który raz tego dnia i przyjrzał się dokładniej. Istotnie Wąsaty nic a nic na niego nie zerkał jeno dziub w stronę innych miszczów kierował i tam gały wlepiał. Nic Marian nie rozumiał. Patrzy i patrzy i nic nie pojmuje.
Zrazu miny głupie jął robić chcąc uwagę Wąsatego na siebie skierować. Nie zadziałało. Potem pomachał mu ręką przed dziobem, nic. W akcie desperacji ostatecznej zrobił Marian jaskółke, a po niej syfona i pawiana.... I nic!!! Chwile postał przed tamtym nim przyszło mu do głowy – to nie człowiek to cyborg, machina do sprawdzania, miszcz testujący... widać tak – wszysko się zgadza.... niepewny jednak swojej diagnozy Marian powziął test ostateczny. Skumulował w centrum pokaźny ładynek ki i w formie solidnego uderzenia w głowę skierował w stronę potylicy cyborga. Ten zazgrzytał, padł i przestał działać. Zawstydził się Marian i pochyliwszy się nad machiną chciał ja przywrócić do działania kilkoma soldnymi klepnięciami to tu to tam... nic to nie dało a z wnętrza robota wyciekł płyn koloru czerwonego, który uznał Marian za ciecz niechybnie chłodzącą. Zniechęcony trącił go jeszcze nogą raz czy dwa i odszedł zasmucony.
Jak dotąd poszukiwania miszcza okazywały się bezowocne i sam już nie wiedział co zrobić. W akcie desperacji zaczął w tłumie szukać zamorskiego miszcza. Trudne to było okrutnie, bo ten ostatni głową przeciętnemu lokalnemu miszczowi sięgał do pepka, więc ginął gdzieś hen w dole pod morzem głów. Marian zszedł na klęczki i furcząc hakamka jął przeczesywać matę. Znalazł go czas jakis potem w jednym z rogów.
  • 0

budo_gambit
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2089 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:bardzo dziki wschód

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Ciąg dalszy części dziesiątej

Marian zszedł na klęczki i furcząc hakamka jął przeczesywać matę. Znalazł go czas jakis potem w jednym z rogów.
Bez wachania podszedł do niego i z całej siły ścisna małą, żółtawo-przeźroczystą łapke. Mały jęknął po azjatycku. Marian poczuł jak pod wpływem jego żelaznego uścisku konstrukcja kośca nadgarstka chwyconego podlega nieodwracanym i spomplikowanym zmianom. Towarzyszyły temu dzwieki typu: trach, zgrzrzrzrzrzzryt i nieco cichsze srrrru. Dodatkowo chwytany w tak zwanym międzyczasie darł ryja po azjatycku. Upewniwszy się w swoich podejrzeniach zniknął Marian raz kolejny w tłumie miszczuniów. Mały nie był tym którego szukał. Miszcz ukrył się widać głębiej.
Mijały godziny poszukiwań, Marian sprawdził już większośc obecnych rwąc, miażdżąc, miaszcząc, miarzdrzonc, szarpiąc, skręcając i wgniatając. Ta aktywność znużyła go okrutnie i umościwszy sobie w rogu maty posłanie z kilku materacy wzmocnionych pozbieranymi wokół kijami (wyszedł z tego zgrabny namiocik) zasnął snem sprawiedliwego.
Obudziły go okrzyki typu azjatyckiego. Wyjrzał Marian ze swojego żeremia i ujrzał że tłum obecnych jak nic szykuje się do egzaminu. Przy ścianach mordziasći i wąsaci siedzieli komisjanci a w centrum przed punktem honornym siedział krzywiąc się z bólu śiskając zabandażowaną łapke miszcz podstawiony.
- Acha, oto i czas nadszedł – pomyślał Marian i wygrzebał się nie bez wdzięku ze swego barłogu.
Traciwszy zgrabnie nogą jeden z podpierających konstrukcje bokenów zawalił budowle, wielkim hukiem błyskotliwie ściągając na siebie uwagę obecnych. Szmer trwogi przeszył tłum. Zadrżał malutki widzac kroczącego Mariana. Stanął ów, powyższy przed nim i spojrzał dumnie, wyniośle, jak tu by jeszcze.... przenikliwie, o to dobre jest...
Zaskoczona tym postępkiem komisja jęła panicznie grzebać w papierach szukajać potwierdzenie obecności nieznajomego. Marian stał twarza tym razem zwrócon w tłumu stronę... przeszywał go przenikliwie (dobre...) szukając miszcza. Wiedzion jak zawsze słusznym przeczuciem ruszył w stronę współzdających... na nic się zdały ich krzyki i próby wyjaśnień. Rozbiwszy w puch konkurencje spojrzał z nadzieją w spietrzona widownie - miszcz nie nadchodził. Niezrażon zwrócił się w stronę zabandażowanego i w tąże ruszył. Przeczuwając jednakże co nachodzi ówże wydajac dziwne dzwieki zajęczymi susami umkł był, szybko, że hej... Samotny Marian tracił wiarę, zaczynał wątpic w sens i takie tam. Czuł się rozdarty wewnętrznie i w ogóle szlak go powoli trafiał. Przeprosił ładnie komisje, odszedł trzy kroki na bok, chrząknał, czknał, przeszedł sredniej wielkości załamanie nerwowe, solidną depresje, doszedł sobie 2 może trzy razy 3 razy do granicy swoich fizycznych i psychicznych możliwosci (przekroczył je oczywiście) , osiągnął oświecenie, poprawił kimono i wrócił na srodek maty. Całość zajęła nie wiecej niż 30 sekund więc komisja nadal oniemiała obserwowała Mariana.
A on wiedział już co robić, ojj wiedział. Ruszył na nich jako ten tajfun, wzbiły się tumany papierów, fruwały protokoły i notatnikowe papióry. Komisja broniła się wściekle, Marian napierał wścieklej. Komisja go z flanki. Marian ja od tyłu. Rzuciła się na niego z pieczątkami i stęplami w łapkach, Marian zgrabnie unikał razów celnie ją kąsając i rozbijając szyk. Już miał dokończyć dzieła zniszczenia już widział jak wśród krzyków i jęków obecnych otacza komisję, gdy cień jakiś ciemny przemknał nieopodal. Poczuł siłę i obecność... porzuciwszy ściganie i otaczanie komisji rozejrzał się wokół... za póżno. Był już za jego plecami, Marian nie zauważył nawet jego twarzy, ugodzon celnie i błyskawicznie kijem w tył głowy padł miszcz Marian bez ducha. Zapadła cisza....

Część chyba jedenasta , by pmasz

Zbudził go zlanego potem okrutny ból głowy. Otworzył powoli oczy, był w małym, ciemnym pomieszczeniu, które delikatnie jeno zalewała poświata drgającego ekranu czarno-białego telewizora marki Technik – rocznik 1964. Naprzeciw na prostym krześle wpatrzony w migające obrazki siedział On. Marian spogladał na niego z niemym podziwem.
62 letni Wacław K. z zawodu i zamiłowania stróż i konserwator obiektów przeróżnych ściskał wciąż w dłoni szczotke drewniana, broń straszliwą, która to powaliła w oka mngnieniu Mariana. Sposród nieregularnych kępek kilkunastodniowego zarostu wystwała, zwisając z kącika wykrzywionych ust końcówka a. Smuga dymu fantazyjnie zawirowała, kiedy nie wyciągając z ust a Wacław zasiorbał resztkę fusów kawy z obszczępionego kubka.
Marian patrzył z podziwem. Cóż za mistrzostwo kamuflażu, jakaż głębia kontroli, jakiż spokój i opanowanie.... patrzył na zalegające w pokoiku wiadra, szczotki, grabie.... dla przypadkowego widza jedynie narzedzia, dla znawcy – straszliwa, mordercza broń...
- Tośmy sobie zaszaleli dzisiaj, nie? – rzucił nagle Wacław - stróż do Mariana.....
Marian spojrzał odważnie w oczy Wacława, pochylił spuchnietą głowe w w niskim pokłonie:
- Miszczu dzisiejszej lekcji nigdy niezapomne, powiedz tylko tylko czym zdał?
Oderwał Wacław zmęczony wzrok od ekranu zmierzył miszcza wzrokiem i rzucił:
- jasne chłopie, jasne.....
droga spowrotem minęła szybko. Upojony poczuciem sensu i głębi Marian spał jak pijane dziecko....

Część dwunasta by pmasz

Marian zbudził sie zlany potem. Śniłkoszmar okrutny - szedł przez nocne , swe miasto, bocznymi uliczkami - to tu to tam a wokół nikoguśko kto by go zaatakował, żadnych bandziorów skinów, kiboli, ganksterów, depeszów ani pampersów....
Wokół tylko szczęśli, uśmięchnięci ludzie wyciągający w jego stronę ręce z kwiatami typu ciętego. jak wspominano wyżej, Marian złał sie potem to tu to tam i zbudzonego dopadły go lęki i niepokoję - czy aby to tylko sen - czy może koszmar sie ziiścił....
nie mogąc zasnąć zerwał sie szybko jak nie wiem co i pognał w nocne miasto. Gnał przez puste ulice coraz to bardziej zaniepokojony... wpadł w boczną uliczkę i zatrzymał sie wsłuchując sie z komiennym spokojem w odgłosy nocy. nic, cisza i tyle... nagle jego miszczowski zmysł oszczegł go cichutku.... usłyszał krok i walnął tenkana tak szybkio, ze normalnie szczeny by wam opadły....
Wielki, pryszczaty, odrazający, łysy, zarośnięty, napakowany, wredny, mówiący z rosyjskim akcentem, wytatuowany itd itd drab zaatakował Miszcza serią. ze szczęściem na twarzy Marian zaikidował go tak błyskotrliwymi technikami, że nawet wam nie opisze bo nie zrozumiecie. Wielki, pryszczaty, odrazający, łysy, zarośnięty, napakowany, wredny, mówiący z rosyjskim akcentem, wytatuowany itd itd drab padł bez ducha ale sie rozumie bogadszy w człowieczeństo i z zupełnie nowym poglądem na swoje miejsce w społeczeństwie. nim jego głowa opadła na krawężnik szósty raz wiedział juz ze będzie wegetarianinem, będzie ćwiczyć jogę, nie będzie używać soli i wróci do chodowli gupików.
Szczęsliwy Marian podnał rozochocony w miasto. jak zawsze przy remizie zaatakował go gang ekspertów bjj a przy nocnym monopolowym wszyscy obecni tam żule okazali sie byłymi kadrowiczami
Sztama i jak zawsze bez podania powodu i wyciagania wniosków z poprzednich porażek rzucili sie ochoczo na Miszcza. wracając uspokojony do domu wpadł jeszcze za punktem skupu butelek na spotkanie dwóch gangów a pod samym domem na zaczajonego eksperta krav magi.
noc jak to noc.
a wiec to tylko koszmar - miasto nadal kipi przemoca i za każdym rogiem czycha ekspert gotowy posłać mi serie albo dwie.... - pomyślał nim przytulił lico do poduchy w misie.....
  • 0

budo_gambit
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2089 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:bardzo dziki wschód

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Części dotąd niepublikowanie by pmasz

Tego dnia Marian tlukl sie okrutnie na debowe, sekate kolki z Gizela Z. - 13-letnia gimnazjalistka spod Sycowa. Razy padaly potezne zostawiajac na cialach walczacych since potworne. Marian daleki byl od lekcewazenia przeciwnika. Dla niewprawionego oka Gizela byla jeno chudym pryszczatym pokraczkiem w odslaniajacej chude kolana spódniczce, co to moze najwyzej kosz na smieci na leb ci wsadzic....
Naprawde byla dwumetrowym i 120-sto kilowym Iwanem Stiepanowiczem S. Miszczem sambowskim Wszechrosji i czegos jeszcze, specnasowym specem od kamuflazu, który to ze wzgledu na przejsciowe problemy z urzedem Skarbowym i Emigracyjnym udawal z powodzeniem gimnazjalistke.
Marian przypomnial sobie, jak to poznal Iwana przypadkowo nabywszy go w sklepie zoologicznym, gdzie ów od jakiegos czasu z wdziekiem i uroczo nad wyraz udawal wiewiórke chilijska.
Miszcz usmiechnal sie na to wspomnienie i juz bez zbytnich ceregieli i siubzdziów po krótkiej wymianie ciosów pozbawil Iwana przytomnosci poteznym lyp w tyl glowy.
Po walce jak to po walce zaprosil Iwana na przyslowiowa pomaranczowa Hellene i plasterek salcesonu.
Maniek- zagail Iwan zujac swinskie ucho, podstawowy skladnik powyzszej potrawy - powiedz no ty mnie, jak tam twój Duchowy Rozwój, sie rozwijasz?
Eeeeeeeeeee, non stop chlopie, non stop..... - odgail Marian zachlysnalwszy sie Hellena , nad wyraz bogada tego dnia w benzoosan sodu.
Mijaly dni jak z bicza w pysk czasl na tym i na tamtym. Ziemia na okraglo krazyla wokól tego wokól czego tam sobie krazy. Liscie z drzew spadaly, a stróz Anzelm jak to on tkwil uwalony w szesc posladków za weglem utrzymujac przy tym miszczowsko permanentny i dokladny poziom 2 promili we krwi.
I choc swiat w tak spokojny i jednostajny sposób pedzil ku samozagladzie i samo destrukcji Marian nie potrafil odnalezc spokoju. W jego obitej czaszce wciaz huczalo pytanie Iwanogizeli - MARIANIE - JAK TAM TWÓJ DUCHOWY ROZWÓJ??? .... i jeszcze ten cholerny akcent....
Ni cholery jasnej nie potrafil odnalezc odpowiedzi. Czy jest niedorozwiniety duchowo???
Wielokrotnie przechodzil juz Oswiecenie? Nirwane, laczyl sie z kosmosem a jak naprawde trzeba bylo to i odczuwal harmonie z uniwersum - a co ?
Jednakze szczerze mówiac, uwazal ze wszystkie te zjawiska sa zdrowo przereklamowane. Owszem - czasami mozna, ale zeby tak caly czas..... eeeeeeeee...
Czy to znaczy ze jest duchowo niedorozwiniety???
- Fakt, ze lubie ciulnac w pape i zapodac z dwie baski w trakcie kokyunagi ale zeby od razu niedorozwiniety.... Mruczal miszcz do siebie...........................

Proboszcz Kazimierz Nieszczególny z samego rana zepsul humor Mariana. Jak to on przyszedl prosic o pomoc. Miszcz wzdrygnal sie na samo wspomnienie ostatniej misji. Z proboszcza ogólnie byl milusi gosc, ale regularnie zjawial sie w ustatkowanym i spokojnym zyciu Mariana bez pukania, w buciorach, bez to tamto komplikujac je tak , ze normalnie nie wiem.
Zeby chcial pifko albo pogadac o starych czasach. To by Marian zrozumial, ale proboszcz zawsze zjawial sie w ostatniej chwili. Kiedy zlo wychylilo juz szpetny pysk zza wegla i pierwsze krwawe trupy w miesistych ochlapach lataly to tu to tam.
Marian spojrzal na niego i zadrzal. Nie ze strachu sie rozumie i nie za bardzo... tak troszeczke. Jak wtedy, kiedy budzisz sie i przypominasz sobie o dzisiejszym dentyscie, albo, ze smieci same sie znów nie wyrzucily i to juz 10 dni i niedlugo dostana nózek i same sobie pójda. Tak w przyblizeniu zadrzal Marian na widok Proboszcza Nieszczególnego.
Razem od lat juz stanowili tajna rade w pobliskiej parafi. Nie taka co to radzi o remoncie dachu i, ze Zenek R. znów w sobote obrzygal brame plebani. Oj nie taka.
Marian z racji na swoje miszczostwo walczyl u boku proboszcza z silami zla. Zla, które raz po raz jak nic chcialo przejac kontrole nad rzeczona parafia.
Marian szybko zakonczyl zajecia nokautujac obu obecnych studentów uderzeniem w tyl glowy. Trzeci, który zdazyl wbiec za oddzielajaca dojo od szatni kotare padl ugodzony w potylice rzuconym przez Mariana na pamiec kapciem. Miszcz zaciagnal nieprzytomnych do szatni i ocuciwszy ich rzekl:
- Badzcie jak sitowie na wietrze w swietle ksiezyca, na lisciu lotosu ze spokojem przyczajonego tygrysa..... - zrobil dluga przerwe i dodal - bo jak nie to ....... w ryja!!!!
Obslinionych z wrazenia uczniów odeslal do domu i rozpoczal rozmowe z proboszczem.
- Miszczu sprawa jest powazna - rzekl jak zawsze proboszcz - pamietasz jak Marianna Z., ekspedientka z miesnego przy ul. Pyzatej zostala zamieszkana przez kosmitów i plula do mielonych?
- Fakt- potwierdzil Marian- ciezko bylo. Walczylem z Obcym w cholere dlugo, jeszcze mam since po uderzeniach konskimi kabanosami. A ty, proboszcz musiales zegzorcystowac cala kaszanke z zaplecza, w cholere roboty z tym bylo.
- A pamietasz jak wóz asenizacyjny rozbil sie pod monopolowym i skazony powaznie zostal bezrobotny alkoholik Józef. S.?
- Jasne, przez toksyczne opary zmutowal w trzymetrowe zielone monstrum. Chodzil po parafii, mówil brzydkie wyrazy i bral w spozywczym piwo bez placenia. Pamietam, a jakze...
- Tosmy go wtedy zagnali do sadzawki w starym pegieerze.
- Jakbys ksiadz bajorka nie poswiecil na czas to do tej pory by piwo za darmo bral.... - dorzucil zamyslony Marian.
- No tak bywalo, bywalo, ale to pryszcz przy tym co sie teraz porobilo Marianie...
Marian przygotowal sie na najgorsze. Cóz to moze byc znowu, pomyslal Siedmiometrowa hydra w podziemiach kina Pionier? Czy starozytny demon opetal ponownie panie opiekunki z Przedszkola integracyjnego - Brzdac - przez samych penitariuszy zwanego Kurdupel . A moze powrót krwionosnych wampirów na cmentarz za mleczarnia?
- No tak - ciagnal proboszcz - to ani nie siedmiometrowa hydra w podziemiach kina Pionier, ani nie starozytny demon opetal ponownie panie opiekunki z Przedszkola integracyjnego Brzdac przez samych penitariuszy zwanego Kurdupel . nawet nie powrót krwionosnych wampirów na cmentarz za mleczarnia!!!
- Lol - powiedzial Marian
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
"Miszcz Marian wzmacniał od rana głowę. jakoś co i rusz głupawe myśli przychodziły mu do łba ostanio. Myśli różniaste były a to:
"po jaka cholera mam wstawać codziennie o 3.30 i walić mistyczne 166666 razy 30 kilowym żeliwnym bokkenem w pień dębu za starym pgr-em, skoro można sie po ludzku wysikać i pójść dalej spać....?"
a to:
" po co przebranym w spódnice z drewnianym kijkiem tłóc sie z innymi przygłupami w spódnicach zamiast szczypać kelnerke Marceline z baru "Pawik" po życi przy 6 piwie....?"
Miszcz uznał te głupawe, bezsensowne pytania za głupawe i bezsensowne zwłaszcza że szczerze nie potrafił znaleść na nie żadnej sensownej odpowiedzi....
jak zawsze poddał sie wielogodzinnej medytacji i przez te wszystkie oczyszczenia, nirrwany, oświecenia i takie tam doszedł do tego że trzeba jak nic fizycznie wzmocnić łeb...
na pierwszy rzut poszedł atak bokkenem - wezwał ucznia i kazał sie ciąć z siły całej . pierwszemu z atakujących zupełnie niechcąco i nawet z tycim poczuciem winy wyrwał ze stawu obie łapy....
nastepni atakowali z nieco mniejszym zapałem jednakże Marian rozłupał sprzęt drewniany łbem swoim bezproblemowo i nie pozostała na jego wąskim czole ani rysa jedna.
Wściekł sie miszcz i kopniakami przegnał uczniów w te i wewte.... bo i myśli nadal przychodził yi to straszniejsze jeszcze:
" a czy to aby działa na ulicy?"
przerażony tym miszcz dorwał garść gwoździ 4 calowych i wbił je po kolei serią uderzeń głowy aż po łebki w betonową ścianę dojo. jakby pomogło, odeszły heretyckie myśli jakby dalej - jakoś jeno jedna nie dawała spokoju:
" po co durniu wbijasz garść gwoździ 4 calowych po kolei serią uderzeń głowy aż po łebki w betonową ścianę dojo? "
Jednakże to była tylko jedna myśl i miszcz z łatwościa ją zignorował.
gdy ostatni gwóźdż był wbity wpadł Marian na pomysł iście zbawienny. od dawna planował przebicie drzwi z dojo na dziedziniec tak by z łatwością rzucać uczniami dalej i nie słyszeć już odrażającego "plask" albo "pluuu" o ściane a chwilę później : "sru" lub "duup" o podłogę (zależnie od formy, wersji techniki i wilgotności powietrza)
Dopadł tak więc Marian do ściany jął zbijać tynki cierpliwie. to szybkimi jakoby delikatnymi uderzeniemi jako ten dzieńcioł w koronie piastowskiej brzozy (odbijanie tynków i pustaków) to potężnie i wolniej jak młot kowalski (cegła dziurawka i zdrojony beton)
kiedy udeżywszy raz ostatni padł bez ducha ostatnia natrętna myśl odpłynęła. miszcz pozostał miszczem cokolwiek to znaczy....."
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Mam szczerą ochotę w jakiś spektakularno - teatralny sposób uśmiercić miszcza Mariana. Głosy - czy Marian ma żyć czy umrzeć proszę przesyłać na mojego priva. po tygodniu zapadnie wyrok.
Życie Mariana w Twoich rękach!!!
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Marian i Śmierć

Prolog

Sadząc susy Marian skradał się. Lubił skradać się bezszelestnie, jak dzikie pierwotne zwierzę. Nasunął więc grubą, czapę z wiewiórek czilijskich głębiej na uszy i nie słysząc nic a nic skradał się już dalej absolutnie bezszelestnie...
Przez chwilę próbował się także skradać niepostrzeżenie, być niewidocznym jak nindża rozpływający się w mroku. W tym celu nasunął czapę głęboko na oczy. Przez chwilę działało, ale potężne zderzenie marianowego czoła z ośnieżonym słupem trakcji pekape zarówno wyrwało Miszcza z owej zadumy jak i trwale uszkodziło rzeczony słup. Dalej skradał się już tylko bezszelestnie.
Z owej zadumy....bo był Marian zadumany, że hoho.
Głównym tematem zadumy był fakt, ze miszcz nie miał zielonego pojęcia po jaka cholerę się w ogóle skrada.... Nie pamiętał czy skrada się w jakimś konkretnym celu, czy jeno dla przyjemności skradania.
Po jakimś czasie doszedł był do wniosku, że jest człowiekiem skrajnie i perfekcyjnie szczęśliwym skoro może poświecić w cholerę czasu dla zupełnie bezcelowego skradanie się tututamizpowrotem.
Upojony tą świadomością poskradał się jeszcze trochę między zaspami i zziajany, zmarznięty i szczęśliwy zagrzebał się w śniegu.
Zimową porą lubił też Marian zagrzebywać się bez celu w śniegu.

I
Spokój poranka
Słońce przedarło się w końcu przez grube i brudne chmury, z obrzydzeniem oświetliło podwórze marianowej kamienicy.
Zza rogu niepostrzeżenie wyłoniła się sylwetka miszcza.
Skradał się bezszelestnie, z czapką głęboko na uszach, wzdłuż ścian brudnych, odrapanych kamienic.
Z wdziekiem łani omijał potłuczone wczorajszej nocy butelki wina Raptus , przesadził jak skoczek pustynny pokaźną plamę zdrowo nadtrawionej sałatki czosnkowej spożytej wczorajszego popołudnia przez spoczywającego teraz za przepełnionym kontenerem Ryszarda H. ciecia spod czwórki.
Jak co tydzień - Marian dotarł na czas.
Ukryty za hałdą popowodziowych, rozkładających się już 7 rok mebli przyjrzał się bliżej.
W stali jak co tydzień, niezmienni, cierpliwi, spokojni, gotowi. W ciszy niedzielnego poranka ustawili się w kole. Z podziwem obserwował miszcz ceremoniał. Najstarszy z nich, rozświetlając blady poranek imponująco czerwonym nosem wyciągną ostrożnie i z nabożeństwem butelkę.
Ruch ten, jak co tydzień, wydał się Marianowy jednocześnie - pewnym, zdecydowanym - jak tysiące poprzednich, jak tysiące, które przyjdą...
Przyjrzał się miszcz z dala metce - wino marki Sepukku.
Jakże uroczy ukłon w stronę kultury dla której ceremoniał i szacunek dla starszych jest ważny jak smród dla skunksa.... - pomyślał
Siedmiu stało. W bezruchu, oczyma spokojnemi obserwując miszcza ceremonii. Ten wprawnie i bez ceregieli, szybkim ruchem otworzył butelkę. Dzwięk ten odbił się idealnie w ciszy poranka, jeszcze przez chwilę wibrował między obdrapanymi kamienicami by umrzeć i nie wrócić.
- Każdy dzwięk inny a każdy taki sam - zadumał się Marian, aż ślina stróżką cieką jęła spływać z kącików ust miszczowych.
Tamten spokojnym ruchem przyłożył butelkę do ust. Wziął łyk idealny - nie za duży, nie za mały. Oczy nie zdradziły ogromu przyjemności jakiej właśnie zaznaje. Pozostał spokojnym i jego pozycja nie zadrżała tycio nawet. Marian, jak co tydzień oniemiał z zachwytu.
Butelka jęła krążyć w kole - przekazywana pewnymi, spokojnymi ruchami.
Patrzył na ruchy idealne - rozluźnione barki, łokcie w dole. Wygodna, wąska, boczna pozycje. Jak co tydzień czuł jak monotonia i ciepło ceremonii uspakaja go i wzmacnia.
Każdy gest ukazywał szacunek, godność, pewność siebie. Szacunek dla miejsca, tych którzy stoją w kole, przedmiotu, który sobie przekazywali. Zastępom anonimowych ludzi, którzy ten przedmiot współtworzyli. Odlewającemu butelkę, zmęczonej po trzeciej zmianie kobiecinie nalepiającej nalepioną nalepkę, górnikowi za śmieszne pieniądze wydobywającemu siarkę.... tym którzy stali w tym kole wcześniej i tym którzy nadejdą.
Tak, bezdźwięcznym, zimowym porankiem odbywało się to sacrum cotygodniowe.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Głosy - czy Marian ma żyć czy umrzeć proszę przesyłać na mojego priva. zostały 4 dni.
Życie Mariana w Twoich rękach!!!

  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
II
ŚMIERĆ PRZYNIESIE KOBIETA


Marian spotkał Mariannę w sklepie mięsnym. Stał zapatrzony hipnotycznie w wyjątkowo ciekawą wystawkę. Gustowną choinkę ułożoną na pokaźnych płatach słoniny ze świeżych gałęzi jodły ozdobiono w miejsce bombek krwią ociekającymi drobiowymi podrobami. W miejsce łańcucha zawisły
wieprzowe flaki a rolę gwiazdy na szczycie przyjmowało wielgachne serce wołowe. Był też aniołek cukrowy, któremu skrzydła doprawiono w formie podwójnego filetu z piersi indyka.
Czas jakiś minął nim zorientował, że przygląda mu się z zaciekawieniem wielgachna blondyna. Marian cofnął się odruchowo – mało było rzeczy, które go przerażały - oj mało. Jednakże oprócz przewlekłej grzybicy stóp, wiewiórek czilijskich i treningów dziecięcych na liście tych śmiertelnych straszności na jednym z pierwszych miejsc znajdowały się wielgachne kobiety.
Kobieta jako zjawisko sama w sobie wzbudzała w miszczu głębokie, pierwotne lęki. Spędzając swe szczęśliwe życie ocierając się codziennie powielokroć o granice życia i śmierci pozostawał jednakowoż Marian w świecie logicznych decyzji, czerstwej i prostej jak twarz grabarza logiki.
Młodym będąc jeszcze marzył o kobiecie prostej i szczerej, ciepłej i koniecznie milczącej. O oczach i ciepłych i spokojnych jak miska pomidorowej z makaronem. Lata przyniosły mądrość i ta wizja powędrowała dokładnie w toż samo miejsce gdzie wcięło Mikołaja, jednorożca i niezginalną rękę... za radami miszczów Marian unikał kobiet pięknych - były jak drogie samochody - drogie, łatwo się psuły, cza pilnować co by nie ukradli i wycierać buty nim się wsiądzie. Same problemy...
Skłamałbym mówiąc, że Marianna inną była. Esencją była wszystkiego co Mariana w kobiecie przerażało. Była wielgachna i mówiła. Mówiła. Jakoś miszcz nie potrafił wyobrazić sobie jej wielkiego, nalanego dzioba z zamkniętymi ustami. Nie pamiętał nawet czy kiedykolwiek odezwał się do niej.
Bo i się nie odezwał . To ona śladem miszcza dotarła do dojo i to ona kolejne razy jak zaraza nawiedzała go papląc przy tym nieustannie. Marian miał wówczas zwyczaj stać ogłupiały z otwartymi ustami nie rozumiejąc słowa nawet.
Aż nastał ów dzień, kiedy Marianna straszna na chwilę zamilkła, rzuciła na oczadziałego Mariana modliszkowym wzrokiem i wpiła się w jego usta . Zamerdał Marian łapkami i pojął, ze jego czas się kończy....
Czas jakiś potem Marianna wprowadziła się do dojo. Na początku sytuacja mile zaskoczyła Mariana - codziennie rano pół kilo gotowanych parówek na śniadanie i wytrzepane walonki. Jednakże dzień za dniem Marian jął gasnąć, schudł, wyblakł i kiedy nikt nie widział szlochał trochę po kątach.
Szybko przejęła władzę w dojo - z zaskakującą skrupulatnością przejmując pobieranie składek, szantażując i nierzadko bijąc dotkliwie opornych.

Zaalarmowany przez przerażonych marianowych uczniów zapukał do wrót dojo miszcz Erhard - lokalny lutecznik - karatecznik najlepszy. Od lat serdeczny przyjaciel Mariana.
W smutnych oczach Mariana zabłysła na jego widok iskra radości. Jeno na trochę -szlak ją trafił od razu na dźwięk hałasów z dojowej kuchni.
Pogadali o czasach starych i okrutnych, wojnach miedzy dojami, kiedy to sprzymierzył się Marian z Erhartem i w sile 200 zaatakowali nielegalne dojo ninjutsu w halii starej mleczarni. Bitwa była to straszna i krwawa....
W mądrych oczach Erharda płonęła troska o przyjaciela. Na widok gasnącego Mariana serce krajało mu się jak razowy krojony.
Odchrząknął, splunął i rzekł:
- Pamiętasz Marianie - czasy straszne? Kiedy w naszych oczach płonęła wściekłość, życie ociekało śmiercią i tylko kiedy ta spojrzała w twoje dumne oczy czułeś, że żyjesz? Świat się zmienia, nie ma już wielkich bitew, krwi na ulicach, wielkich sojuszy i dramatów. Niedługo zabronią nawet turniei na śmierć i życie, napadów na obce kluby i pojedynków na miecze. To nie czasy dla nas. Coraz to częściej mówią o miłości i harmonii, ma nie boleć i wielkie larun na jakiś głupi, złamany nos czy łokieć....
Skurczony na krześle Marian na wspomnienie starych czasów ozywił się jakby nieco....
jak nic przyjdzie nam kupić baletki - ciągnął stary Erhard -garstka nas już tylko została – Marianie – czas zapłonąć raz jeszcze... zmierzmy się jutro w twoim dojo.
Marian jak to Marian – odruchowo przyjął wyzwanie.
Stanęli naprzeciw siebie następnego dnia. Obaj w rodowych kimonach, w pustym dojo, patrząc na siebia a przed siebie..... obaj znając W odpowiedzi własne, mordercze techniki na wskroś. Patrzyli nasie spodełba by w końcu przyjąć pozycje walki. Moc rosnąć zaczęła.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
III
ODRODZENIE
Stanęli naprzeciw siebie następnego dnia. Obaj w rodowych kimonach, w pustym dojo, patrząc na siebie a przed siebie.....
Wiedzieli obaj, to będzie walka straszna. Dadzą z siebie wszystko i siły okrutne wyzwolą.
Obaj nie zdziwiliby się nic a nic gdyby szlak trafił całe dojo na miejscu. Kiedy zderzą się obaj siły w sposób ten wyzwolone zniszczą wszystko wokół, pół miasta straci prąd na 2 dni, Nie będzie Idola ani Baru . Siła uderzeniowa strąci resztki suchych liści a ultradźwięki zabiją wszystkie wiewiórki czilijskie w promieniu mil kilku.
Potem opadnie kwaśny jak maślanka deszcz... ale o tym potem.
Jednak o to nie dbali - patrzyli obaj nasie wdychając tą pulsującą moc. Mocarne mięśnie drżeć zaczynały i spokój absolutny zagościł w sercach obu miszczów.
Wtedy usłyszeli szelest skrzydeł i czarne, piękne anioły śmierci przysiadły na belkach powały dojo. Przechyliły głowy mądrymi oczami patrząc na Mariana i Erharda.
Rozłożyły drżące, aksamitne skrzydła szeroko, gotując się do krzyku. Marian wziął wdech gotów do ataku. Chwila była doskonała i piękna.
Wtedy trzaskając drzwiami do dojo wlazła Marianna. Wczłąpała w butach na matę i z garem w pulchnych paluchach wydarła się:
- Marian, do jasnej cholery, ile razy mam ci ten krupnik podgrzewać!!??!!! Ty nic tylko te durnoty - szarpnęła go za rękę - już do kuchni!!! Do talerza.
A ty - rzuciła w stronę Erharda - też idź do domu, twoja żona dzwoniła, ze zapomniałeś wynieść śmieci!!!!!
Spłoszone, czarne anioły jęły latać jak przerażone jaskólki pod dachem. Ciągnięty do kuchni w oparach krupniku Marian wzniósł oszołomiony głowę w górę, patrząc na ten przeraźliwy spektakl. Erhard także patrzył na nie z otwartą gębą.
Marian wyrwał się nagle Mariannie i odskoczył i przemówił do niej raz pierwszy:
- Kim a może czym jesteś Marianno, skoro przerażasz nawet czarne anioły śmierci, które widzieć możemy tylko my - miszczowie!!!
Marianna stała chwilę jakąś z otwartym dziobem, potem wzięła świszczący wdech i zapiszczała tubalnie jak to ona:
- Anioły???? A ty co, oczadział do reszty??? może ten stary dureń, w pusty łeb za mocno walnął??? Podurniały, chłopy. Żeby na stare lata się w piżamy przebierać i tłuc jak gówniarze!!! Do roboty normalnej byście się wzięli!!! Jak ludzie!!! Oj ja ci chyba Marian te fikołki poucinam!!!!
Stała tak z parującym garem papląc, piszcząc i pokrzykując. Ani Marian ani Erhard nie słuchali jej patrząc jedynie na siebie. Miszcz Erhard widział jak na jego oczach odradza się Marian - esencja siły i siła esencji.
Marian wiedział już wszystko widział jasno jak omotany przez to monstrum z dnia na dzień tracił energię, która go tworzy. Wszystko stał się znów proste i jasne. Spojrzeli z Erhardem na siebie wiedząc dokładnie co robić.
Marian zerwał z gustownego (śliczna konstrukcja z cegieł dziurawek) stojaczka jo w formie prętu stalowego fi 28, Erhard przyjął pozycje pijanego żurawia i obaj jęli zataczać koło wokół Marianny.
Ta ostatnia o jedną od Mariana, a o dwie głowy od Erharda większa jak wściekły słoń kręcić się zaczęła w kółko. Miszczowie osłupieli - ruchy jej były płynne i wprawne a gar w międzyczasie wzniesiony na wysokość głowy jak nic przypomniał obu pozycje dzodanokamae.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
III
Marian – opowieść wigilijna


Tej nocy nad miastem szalała straszliwa burza. Pioruny oświetlały zaspane uliczki a deszcz, grad i śnieg padały razem i z osobno. Wichura okrutna zerwała dach remizy budząc napranych strażaków jeno na chwile krótką.... Psy wyły, wiewiórki czylijskie chowały się tam gdzie chować się mogą tylko wiewiórki czilijskie a gdyby były tu krowy – straciłyby mleko jak bum cykcyk.
Zło krążyło po mieście uwolnione przez wszystkie straszności dziejące się za zamkniętymi drzwiami, trzęsącego się w posadach, dojo.
Nocne tramwaje myliły drogę, krążąc głupawo wte i wewte, w monopolowym nie wiedzieć czemu zabrakło wódki a stróża nocnego Wacława Z. pierwszy raz od cholera wie kiedy rwało w prawej nodze.(to stara kontuzja, którą nabawił się jeszcze jako pomocnik w pegieerze, kiedy upojony płynem Borygo mylnie uznał za szarżującego dzika Kombajn Z056 z chederem poziomym i dzielnie stanął na jego drodze z grabiami, ale to już inna historia)
Wczesnym rankiem ucichło wszystko, blask poranka odsłonił wszystko co w nocy było pozasłaniane. Nucąc jak co rano stare, dumne pieśni o Czynach Mariana, jeden ze studentów, w międzyczasie bluzgając okrutnie, w końcu uporał się z zamkiem w drzwiach dojo i pociągnął oba skrzydła do siebie.
Widok, który przed nim się odsłonił zaparł mu dech w piersi, zamarł , zatkało go ,zamurowało, zmroziło, sparaliżowało, odebrało mowę i takie tam sformowania.
Ogólnie chodzi mi o tom, że stał tam z otwartym pyskiem, śliniąc się obficie i jedynie dwie znane mu formuły mogły wyrazić werbalnie co odczuwał:
1. Poprzedzone przez piskliwe „OOOOO” pospolite określenie kobiety robiącej różne świństwa za pieniążki.
2. Poprzedzone przez piskliwe „OOOOO” pospolite określenie faktu, że robi się powyższe świństwa w pierwszej osobie liczby pojedynczej, czasu teraźniejszego.
W morzu zniszczonych i porozrzucanych dojowych sprzętów dostrzegł był jeno dwie nieruchome sylwetki. Niepewnie podszedł odrzucając na boki połamane meble i hałdy różnych różności.
Marian leżał nieruchomo w kałuży krwi i krupniku. Miszczowska posoka wiła się w fantazyjne wzory na tle szarej plamy zupy Marianny. Obok, pod schodami leżał z nienaturalnie poskręcanymi członkami Erhard drżąc rytmicznie.
Przerażony uczeń jął latać od jednego do drugiego drąc ryja jak kot z pęcherzem.
Dopadł w końcu Erharda i zaczął nieskładnie nastawiać jego dziwacznie wykręcone nogi.
Nagle miszcz Erhard podniósł głowę, odepchnął go od siebie i rzucił pewnym głosem:
- Spoko, ja jestem karatecznik i się po prostu rozciągam. Wszystko w porządku - miszcz Marian jeno śpi wycieńczon...
Marian ocknął się czas jakiś później. Obaj miszczowie wyglądali potwornie, zakrwawieni i brudni, ze szramami na twarzach. Marian miał odciśnięty na policzku spód garnka Marianny i powłóczył pogryzioną nogą. Erhard nie wyglądał lepiej, rana na ramieniu krwawiła obficie, ale nie dał się opatrzyć i obaj zdawali się lekceważyć ból. Nie odzywali się ani do siebie ani do innych, pomogli jedynie zebranym uczniom odgruzować pomieszczenie i zataczając się powlekli do ogrodu. Padli tu wycięczeni. Nikt nie zapytał ich co się wydarzyło. Studenci , nauczeni doświadczeniem, wiedzieli, że Marian istnieje w świecie tylko dla niego i jemu podobnych zrozumiałym. Wiedzieli, że nawet jeśli im wyjaśni - nie zrozumieją odpowiedzi.
Siedzieli dłuższy czas, bez słowa mijały kwadranse i godziny. Zapatrzony w wartki strumień Erhard rozkoszował się szumem wody i rytmicznym, stukotem blaszanej puszki po groszku uderzającej o stary czajnik dryfujący za korzeniem. Wziął wdech i odezwał się pierwszy:
- Wiesz, co teraz musi się stać. Wiesz, ze to dopiero początek. W tej walce ci nie pomogę Marianie.
- Wiem - powiedział miszcz zapatrzony przed siebie - a ty wiesz co ja muszę zrobić....
Erhard zrobił mądrą minę – nie miał zielonego pojęcia co powinien zrobić Marian. Właściwie to uważał , że nie może zrobić niczego i że ma naprawdę przerąbane. Jednak troska o przyjaciela kazała mu pokiwać jeno głową.
...Jeśli będę mógł pomóc.... - rzucił niepewnie, błagając, żeby Marian nie poprosił o kasę....
- Właściwie to tak, możesz - Marian powoli odwrócił sie do przyjaciela -chcę, żebyś uczył moich uczniów....
- Eeeeeee, wiesz Marianie, że ja ni cholery nie znam, się na tych twoich fikołkach i wykręcaniu łapek. Ja rozwalam pasjami pustaki głową, kopie w powietrze i robię „Uśśś”....
Marian uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafił i zapytał
- Powiedz mi szczerze Erhardzie - czy twoi uczniowie cię rozumieją???, czy pojmują głębie i sens twojej nauki?
- Ni cholery - przyznał Erhard - te jełopy w ogóle nic nie rozumieją.....
- Moi, mnie też nie - więc co za różnica kto uczy???
Erhard wykrzywił się paskudnie kojarząc niewprawnie fakty:
- Właściwie żadna.... - przyznał
- A więc postanowione... Czas mi w drogę - nie chce zmitrężyć ani dnia dłużej niż trzeba - powiedział Marian smutno - odejdę na pustkowie na czas jakiś. Wzmocnić się i przygotować na to co tej nocy jeno zobaczyliśmy, Erhardzie. Jeśli mój czas nadszedł - nie będę uciekać. Odejdę zmierzyć się z tym w samotności. Jeśli zostanę tu, następnym razem szlak trafi to miasto na miejscu.
Fakt - dorzucił smutno Erhard. Milczał chwilę i dodał:
- Nigdy czegoś takiego nie widziałem, ani o istnieniu siły takiej nie miałem pojęcia. Wiesz, ze przed tym nie uciekniesz....
- Wiem. Nie uciekam. Zjada mnie to miasto, Erhardzie. Młodym będąc myślałem, ze szarość jego wejdzie we mnie tworząc moja siłę. Przez lata czerpałem moc z szarej nijakości wszystkiego. Wiesz jak to jest - wdychasz szarość, oddychasz nią, wypełnia ci duszę i z oczu wyziera... cały już jestem tą szarością. Jestem jak stary, pognieciony, podeptany, zabłocony, skasowany bilet empeka co to go bez sensu nosisz 2 tygodnie w kieszeni...
Erhard pogubił się nieco w wywodzie Mariana. Chciał zapytać czy miszcz czuje się bardziej jak bilet tramwajowy czy autobusowy, bardziej na ulgowy czy na normalny, ale zamknął się w ostatniej chwili. W końcu każdy miszcz ma swoje odpały i trzeba to uszanować. Ostatecznie Erhardowi ostatnio coraz częściej zdarzają się dni, kiedy wydaje mu się że jest sokowirówką...
Cały dzień Marian w ciszy szykował się do drogi. Jeszcze raz w myślach prześledził wydarzenia ostatnich godzin i upewniony w postanowieniu z większą jeszcze werwą jął szykować się do wyprawy.
Przyszykował kilka garści ryżu, suszone przed dojo latem śledzie, zawinął to w tobołek i zawiesiwszy na stalowym jo ostatni raz spojrzał na dojo. Ze smutkiem pokiwał głową i ruszył w stronę przystanku pekaesu z rzeczonym jo na ramieniu.
Droga wiła się wśród wiosek i pól godzinami. Miszcz patrzył martwym, smutnym wzrokiem na zmrożone, śnieżne, świąteczne pola. Autobus był niemal pusty, samotny Marian, w wigilijny wieczór mkł (3 os. L.p. czas przeszły od czasownik: mknąć) w pędzącym jak wicher autobusie w stronę rysującej się w oddali ściany lasu.
Z piskiem opon pojazd zatrzymał się przy rozwalonej wiacie pośrodku niczego. Wśród ośnieżonych pól w stronę czarnego lasu wiodła miedzą wąska ścieżka. Marian zarzucił tobołek na ramię i ruszył utykając nieco.
Po czasie jakimś wszedł w rzadkie na człowieka wysokie zarośla. Zachowywał się niepewnie odczuwając podświadomie zagrożenie i czyjąś obecność. Czuł każdą pora ciała czyjś wzrok na swoich plecach i wiedział o istocie o podążającej za nim krok w krok. Wszedł za zakręt drogi i zniknął. Rozpłynął się bez śladu. Nie było go czas jakiś....
Nagle Marian wyrósł przede mną i wyrwał klawiaturę. Pchnął mnie na plecy i wycedził przez zęby:
-Słuchaj narrator - dość tego, nie łaź za mną!!!
Wycelował jo stalowe w moją pierś i powiedział:
-Odchodzę teraz w las na lat parę. Jeśli cię jeszcze raz zobaczę wsadzę ci tą klawiaturę tak głęboko w żyć, że jak otworzysz szeroko dziób będzie widać ESC.
Odwrócił się na pięcie i odszedł powoli w stronę lasu. Leżałem patrząc w bezruchu jak znika w gąszczu mrocznych, poskręcanych i czarnych gałęzi. Czas jakiś jeszcze dało się słyszeć jego kroki w śniegu, aż zapadła cisza zupełna.
Tak odszedł Marian.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
dogrywka - by Kurm28:
Hehehehe – pomyślał w myślach Miszcz Marian
- Hehehehe – zaśmiał się na głos - Ale leciał Narrator jeden w d..... znaczy się niedobry. Pierdyknął w biel śniegu aż zadudiło tak, że wiewiórki chilijskie pospadały z hamaków, na których zażywały zimowego snu (swoją drogą to dziwne, bo przecież wiewiórki chilijskie w zimie nie śpią).
Tak sobie MM myślał i nie myślał przedzierając się przez biel śniegu, czerń kory i zieleń igiełek sosnowego lasu, którego miłośnicy choinek nie zdążyli wyciąć na cześć nadchodzących świąt.
- Co za *^$&&# pomysł, aby mnie Wielkiego (pisane przez tak wielkie W, że nie starcza czcionki w Wordzie i dlatego tutaj zastąpione przez zwykłe W) Miszcza wygonili przed świętami do lasu i kazali się $#^%^%^ ich mać błąkać się bez celu po bieli śniegu, czerni kory i zieleni igiełek. Czy jako Miszcz nad Miszcze nie mam prawa do miski barszczu z uszkami, kawałka karpia i kompotu z suszu? Nawet te ^%^&#@&* wiewiórki chilijskie mają Święta a ja jak ta pierdoła snuję się po lesie w bieli sniegu..... itd. itd.
Dosyć tego. Chcę wrócić, zasiąść przy stole, skonsumować siłą woli kawałek sernika z rodzynkami.
Myśli te, które tutaj zajmują tyle miejsca, przemknęły przez Miszcza w ciągu 0.0000000000000000001 części sekundy i nie bez kozery piszę „przez Miszcza”, bo nie tylko przez jego głowę, ale również przez inne członki tudzież organy mieszając się po drodze z potężnym KI.
Odległość i droga jaką musiały przebyć myśli w połączeniu z ich głębią i w kontraście do czasu pokazują jak szybko i bezboleśnie mkną myśli MM. Dla tych co nie skumali jak piekielna jest to prędkość przedstawię to obrazowo : zu! – tak szybko!!!!
Odwrócił się tedy Miszcz na pięcie (co zważywszy na fakt, że śnieg był po pachy, wymagało wykonania kilku morderczych technik rozpoczętych od zdecydowanego irimi) i dziarskim krokiem ruszył w kierunku dojo.
Jednakże gdzieś w przepastnych jak wielki kanion Colorado i Jaskinia Niedźwiedzia zakamarkach akidockiej duszy Mariana telepała się jak stary błotnik nie dająca spokoju rozterka:
- Co będzie jeżeli zapomnieli, jeżeli już nie chcą Miszcza przy swoim stole i na swojej macie (nie martwił się innym miszczem bo temu by bańki, łomot i wpierdziel spuścił – w tej kolejności - co by sprawę załatwiło). Gorzej jak dopadł ich ten niemiec – jak mu tam było – Alzheimer i nikt nie rozpozna wielkiego stylu Miszcza Mariana – wtedy to klops i klapa. Nic się nie da zrobić.
Targany takimi różnymi ten tego ten powiedzmy myślami szedł Miszcz zataczając się jak pijany (ciężko iść prosto jak człowieka coś targa na boki) i nie będąc pewnym swego losu w kierunku widniejącej w oddali gwiazdy, która jak mu się wydawało świeciła na dojo a tak naprawdę była światłem na kominie Huty Stalowa Wola.
Czy się Marianowi się uda, czy dostanie jeszcze jedną szansę? Nawet wiewiórki chilijskie w napięciu obgryzają sobie nawzajem pazurki i czekają jak to się skończy (co w sumie nie powinno dziwić, bo jak odejdzie MM to i one zostaną bezrobotne)........
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
rzecz z czasów, kiedy Miszcz nie mieszkał jeszcze w puszczy żywiąc sie chorowitymi wiewiorkami czilijskimi.
Rower Mariana
Miszcz spojrzał na rower. Nieszczególny był jakiś - nijaki taki. Marian z reguły z dystansem odnosił sie do środków komunikacyjnych zawierzając bez reszty swym mocarnym nogom. Wiedział że zaniosą go jak nic to do mięsnego, to do zsypu nieopodal a jak trza to i hen hen w celach różnych.
Wszystko ma swój bieg i czas - dumał miszcz wpatrzony melancholijnie w srebrzyste szprychy bicykla - to nie przypadek, że wzorowa kaszanka dochodzi na kujawskim nie dłużej, nie krócej niż minut 11, klasyczną konserwę tyrolską nożem kuchennym otwierasz miinut 6 a na 300 szomenów trza mniej więcej 2 pacierze. Wszystko ma czas i miejsce.... rower przenosząc nieświadomego człowieka szybciej z punktu w punkt zaburza odwieczą równowagę wszechświata.
Mistrz pewny był, że każde pedalnięcie jak nic powoduje konsekwencje okrutne we wszechświecie:
z nieba spada premier albo dwóch, boguduchawinnego ufolka na odległej planecie szarpie wredna sraczka a jakaś biedna wiewiórka chilijska dostaje paskudnej odmiany grzybicy sierści na ogonie.
Dlatego miszcz pełnił swoją misje - wieczorową pora zabierał nieświadomym swej destrukcyjnej roli pedałowiczom rowery. Ktoś musiał trzymać ten rozlatujący sie wszechświat w kupie a Marian jak nic we wtorki i czwartki miał troche czasu po dwudziestej pierwszej.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Śniadanie Miszcza
Występują:
Wiewiórek czylijski
Marian- miszcz
Leśny ostęp.


Ujecie nr 1
(kamera lotem sokolo-koszącym zaiwania nad szeroko pojętym terenem zalesionem. Teren rzeczony jest pojęty wyjątkowo szeroko - wzdłuż i wszeż, wte i wewte, totutotam, henhen i takie tam. Lesisty teren śniegiem zasypan maksymalnie. Wiecie: czapy, kopce, zaspy, chałdy, sople, muldy i w ogóle. Śniegu w wszędzie w cholerę i jeszcze trochę. Muzyka wzniośle posępna - nie takie łubudubu ale bardziej bambambam, wzniośle i z przytupem!!!)

Ujecie nr 2
(kamera rżnie sokolo już zupełnie w dół na uroczą polanke zagubiona w leśnym gąszczu zaśnieżonym uroczo.. w rogu polanki skromna i bidna jak sierotka, co ma tylko Rysia chałupinka dzewniana stoi. )

Ujęcie nr 3
(kamera zakręca raptownie i pędzi na środek polany, gdzie w bezruchu tkwi postać bezruchowo tkwiąca.)
Marian tkwi w rzeczonym bezruchu we wzorowym hanmi z suburito (kołek brzozowy, gruby i cieżki że hoho). Puszysty śnieg zasypał go po kolana, sople na brodzie krzaczastej jak u Rumacajsa za przeproszeniem.
Czapa śniegu na czapie futrzanej. Szron na rzęsach i brwiach miszcza. Bezruch permanentny, na oko to on tu tak stoi kilka dni albo i w cholere dłużej.... (zero muzyki cisza apsolótna - tak okrutna że słychać jak miszczowi z mroza kurczy się skrzypiąc totototamto)

Ujęcie nr 4
(Kamera zjeżdża na wzorowe subutito - zbliżenie na jego koniec, do którego klejem z ekstraktowanym z pewnych gruczołów ciemno - rudej odmiany wiewiórek czilijskich (nie chcesz znać procesu ekstrakcji, uwierz mi i skończmy ten temat!!!) tkwi wzorowy orzeszek).

Ujęcie nr 5
Zza linii lasu zupełnie bezsensu wyłania się wiewiórek czylijski i tupta zapachem orzeszkowym wiedzion w stronę Nieruchomego Mariana. (dzwięk – cisza nielicząc głupawego czilijskiego tuptuptup)
Wiewiorek podchodzi do Miszcza i zupełnie debilnie włazi mu do nogawki.

Ujęcie nr 6
(Zbliżenie oczu ANM(Absolutnie Nieruchomego Mariana)).
W zamierzeniu widz ma po minimalnym zwężaniu i rozszerzaniu się źrenic Miszcza rozpoznać aktualną pozycje wędrującego po muskularnym ciele Mariana durnego wiewiórka. To znaczy - udo, pachwina, brzuch , pachwwwwwwwina, brzuch, paaaaaaaaaacha, ręka....

Ujęcie nr 7
Wiewiórek czylijski wystawia głupawy ryjek z rękawa miszcza i tupta po kiju w stroną orzeszka. Zatrzymuje się tyci od niego kawałek i nerwowo rozgląda się w te i wewte. Miszcz tkw w takim bezruchu, że normalnie nie wiem...
Rzecz trwa chwile (cisza lasu taka straszna, że normalnie też nie wiem...) Uspokojony wiewiórek odwraca się w stronę orzeszka i pochylając się wypina kretyńsko futrzany tyłek w stronę ANM.

Ujęcie nr 8
(Zbliżenie marianowej twarzy)Marian tycio marszczy lewą brew. (dźwięk – pękają małe sopelki obrastające dotychczas marianowe brwi - dźwięk w ciszy lasu tak wyraźny, ze odbija się echem po okolicznym zalesieniu)

Ujęcie nr 9
(zblizenie wypiętego wiewiórka) Wiewiórek odwraca się błyskawicznie (najazd na tak zwany ryjek wiewiórka) żrenice wiewiórka rozszerzają się kilkakrotnie. Wiewiórek, pojąwszy bezsens swej sytuacji i bliskość końca, do siebie po czylijsku : „que paso la puta” (w wolnym tłumaczeniu”„co jest k...rwa mać”)

Ujęcie nr 10
(kamera odjeżdża w bok okrutnie szybko)
lotem błyskawicy miszcz wyrywa spod wiewiórka suburito i wznosi je szybko jak cykl roboczy kombajnowy buraczany nad głowę. Kij opada wzorowym szomen tak szybko, że dzwięk pt. szszszsszsszsz da się słyszeć dopiero kilka sekund po paskudnym - skrzżczśrż miażdzonych kręgów durnego wiewióra.
W ciszy opada na ziemie chmura, wzniesionego morderczym ciosem miszcza, śnieżnego pyła.

Ujęcie 11
(Kamera odlatuje przy wzniosłym pampampam w górę i znika henhen)
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
wszelkie komentarze na priva prosze... zwłaszcza brzydkie wyrazy
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
przekrojowy njusłik wprost z polityki:
Rewelacyjny wynik przypadkowych badań opiniiogólnych.
Z przeprowadzonych... bleble.... wynika jednoznacznie....bleble.... ze obok znanych kandydatów o fotel prezydencki ubiegać sie może wogóle nie znany Miszcz Marian. ... bleble.... notowania jego rosną z dnia na dzień albo i szybciej. przeciwko kandydaturze miszcza wystąpili łąwą zieloni i Samotność nie służyła miszczowi szczególnie.Życie od jakiegoś czasu jeło przypominać rozsypujące się na okrągło konstrukcje z wysuszonych czaszek wiewiórek czylijskich których stosy zalegały w kątach marianowej chaty, w leśnym gąszczu.
Przyzwyczajony do kontrastującego z idealnym jego opanowaniem i spokojem chaosem miasta i słabości współplemieńców miszcz nie mógł odnaleźć się w szeroko pojętej dzikości pierwotnej. Czystość i naturalność otaczającej go otaczalności sprawiała ,ze czuł się nijaki taki i nieszczególny. W szarości miasta świecił przykładem, wzorem i takie tam a tu: nie różnił się w swej zwierzęcej sprawności od byle durnego rysia czy głupiego szczygła....
Uznawszy te odczucia za resztki nikłe słabości wewnętrznej podjął miszcz walkę ze swoim cieniem.
Poświecił się był jej do końca. Bez reszty całe swe , krótkie - zimowe dni jej przeznaczywszy.
Walka z cieniem, jak każdy wie, różna bywa i zależna jest przede wszystkim od kształtu terenu i, ogólnie pojętych, warunków atmosferycznych.
Spędzał tak więc miszcz czasu większość pod jodłą gapiąc się w nadziei wielkiej w zachmurzony nieboskłon .
Jak tylko słońca choćby i tycio przebijało się przez, ze tak powiem, chmur kożuch - rzucał się miszcz jak odyniec dziki z rykiem na środek odsłoniętej polany i z furią prawdziwa na śniegu okiem sokolim zwykł szukać śladów cienia. Chwile to krótkie były - gdyż głupawe słońce jak nic uciekało za parszywe chmury a cienia cień znikał. Grzebał Marian jeszcze przez chwile w puszystej zaspie. Zasypując wspomniana zaspę seria morderczo celnych ciosów wzbijał chmurę śniegu puszystego wokół rykami swemi wkomponywując się uroczo w symfonie leśnych dzwięków przeróżnych. Później cierpliwie wycofywał się pod wspomniana sosnę wgapion niezmiennie w nad siebie.
Zależnie od pory dnia - tchórzliwy cień pojawiał się totutotam, jak zawsze uciekając wteiwewte. Szczególnie lubił miszcz porę południową, kiedy słońce padając werdykalnie maksymalnie na marianowy łep przez dłuższą chwilę rzucało na śnieg, 3,4 a czasem i więcej cieni. Szczęśliwy jak 100 złotych w bilonie miszcz rzucał się wtedy wteiwewte szarpiąc, rwąc, drapiąc i takie tam tylko jeszcze straszniej.
Wieczorem umęczon straszliwie wracał do chaty i rozpaliwszy w kominku, odsapnąwszy chwilkę z rykiem ruszał na z dębowych otoczaków skleconą ścianę co to na niej filuternie poigrywały cienie od kominka. ekolodzy, podobnież w związku w jego dość kontrowersyjnym stosunkiem do wiewiórek chilijskich. Wyznawcy mariana wydaja sie lekceważyć protesty ekologów uznając że ich słobość do wiewiórek ma podłoże podejrzanie lubieżne. szalenie zaniepokojony elekt zrazu pytać jął: "A kto to kurde jest?" i takie tam. jako, że żeczony miszcz przebywa czas już jakiś w dzikich, nieznanych ostępach elekt wcelach jak najbardziej przyjaznych wysłał do niego delegacje dwóch, wzmocnionych ciężkim sprzętem batalionów piechoty. dodatkowo towarzyszył im szwadron zupełnie ale to zupałnie niewidzialnych myśliwców. Dotychczas nikt nie powrocił z dzikich ostępów ... bleble.... "

  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Bardzo sorry za poprzedni post - coś mi zgłupło - ma być tak!!!!::::


przekrojowy njusłik wprost z polityki:
Rewelacyjny wynik przypadkowych badań opiniiogólnych.
Z przeprowadzonych... bleble.... wynika jednoznacznie....bleble.... ze obok znanych kandydatów o fotel prezydencki ubiegać sie może wogóle nie znany Miszcz Marian. ... bleble.... notowania jego rosną z dnia na dzień albo i szybciej. przeciwko kandydaturze miszcza wystąpili łąwą zieloni i
ekolodzy, podobnież w związku w jego dość kontrowersyjnym stosunkiem do wiewiórek chilijskich. Wyznawcy mariana wydaja sie lekceważyć protesty ekologów uznając że ich słobość do wiewiórek ma podłoże podejrzanie lubieżne. szalenie zaniepokojony elekt zrazu pytać jął: "A kto to kurde jest?" i takie tam. jako, że żeczony miszcz przebywa czas już jakiś w dzikich, nieznanych ostępach elekt wcelach jak najbardziej przyjaznych wysłał do niego delegacje dwóch, wzmocnionych ciężkim sprzętem batalionów piechoty. dodatkowo towarzyszył im szwadron zupełnie ale to zupałnie niewidzialnych myśliwców. Dotychczas nikt nie powrocił z dzikich ostępów ... bleble.... "


(tymczasem w tym samym międzyczasie....)
Samotność nie służyła miszczowi szczególnie
Życie od jakiegoś czasu jeło przypominać rozsypujące się na okrągło konstrukcje z wysuszonych czaszek wiewiórek czylijskich których stosy zalegały w kątach marianowej chaty, w leśnym gąszczu.
Przyzwyczajony do kontrastującego z idealnym jego opanowaniem i spokojem chaosem miasta i słabości współplemieńców miszcz nie mógł odnaleźć się w szeroko pojętej dzikości pierwotnej. Czystość i naturalność otaczającej go otaczalności sprawiała ,ze czuł się nijaki taki i nieszczególny. W szarości miasta świecił przykładem, wzorem i takie tam a tu: nie różnił się w swej zwierzęcej sprawności od byle durnego rysia czy głupiego szczygła....
Uznawszy te odczucia za resztki nikłe słabości wewnętrznej podjął miszcz walkę ze swoim cieniem.
Poświecił się był jej do końca. Bez reszty całe swe , krótkie - zimowe dni jej przeznaczywszy.
Walka z cieniem, jak każdy wie, różna bywa i zależna jest przede wszystkim od kształtu terenu i, ogólnie pojętych, warunków atmosferycznych.
Spędzał tak więc miszcz czasu większość pod jodłą gapiąc się w nadziei wielkiej w zachmurzony nieboskłon .
Jak tylko słońca choćby i tycio przebijało się przez, ze tak powiem, chmur kożuch - rzucał się miszcz jak odyniec dziki z rykiem na środek odsłoniętej polany i z furią prawdziwa na śniegu okiem sokolim zwykł szukać śladów cienia. Chwile to krótkie były - gdyż głupawe słońce jak nic uciekało za parszywe chmury a cienia cień znikał. Grzebał Marian jeszcze przez chwile w puszystej zaspie. Zasypując wspomniana zaspę seria morderczo celnych ciosów wzbijał chmurę śniegu puszystego wokół rykami swemi wkomponywując się uroczo w symfonie leśnych dzwięków przeróżnych. Później cierpliwie wycofywał się pod wspomniana sosnę wgapion niezmiennie w nad siebie.
Zależnie od pory dnia - tchórzliwy cień pojawiał się totutotam, jak zawsze uciekając wteiwewte. Szczególnie lubił miszcz porę południową, kiedy słońce padając werdykalnie maksymalnie na marianowy łep przez dłuższą chwilę rzucało na śnieg, 3,4 a czasem i więcej cieni. Szczęśliwy jak 100 złotych w bilonie miszcz rzucał się wtedy wteiwewte szarpiąc, rwąc, drapiąc i takie tam tylko jeszcze straszniej.
Wieczorem umęczon straszliwie wracał do chaty i rozpaliwszy w kominku, odsapnąwszy chwilkę z rykiem ruszał na z dębowych otoczaków skleconą ścianę co to na niej filuternie poigrywały cienie od kominka.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
jakos takoś mnie wena opuściła, wszelkie pomysły i propozycje na priva poproszę....
  • 0


Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych

Ikona FaceBook

10 następnych tematów

Plany treningowe i dietetyczne
 

Forum: 2002 : 2003 : 2004 : 2005 : 2006 : 2007 : 2008 : 2009 : 2010 : 2011 : 2012 : 2013 : 2014 : 2015 : 2016 : 2017