Skocz do zawartości


Zdjęcie

Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
306 odpowiedzi w tym temacie

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
muhu drogi - jako poniekąt ojciec miszcz mariana przedstawiam inną wizję - w świetle której miszcz jawi sie jak postac świetlana - w snopie cnót osadzona jakby jom rozświetlała latarka blaszanna albo dwie

miszcz wpadł do sali obrad spóźniony symboliczne, jak pośpieszny do Zgierza, 130 minut. zzuł obłocone walonki i zajął jemu przynależne miejsce. wokół towarzystwo świeciło dostojnymi, cmentarnymi garniturami i krawatami na gumce... miszcz zdjął długie, dziergane getry, wyrzymnął je solidnie i powiesił na oparciu krzesła.
zajeło mu chwile nim z uwagą przyjrzał sie pomieszczeniu. za długaśnym stołem siedziało kilku pokaźniejszych miszczów z ryjków Marianowi znanych poniekąt. dyskusja trwała zażarta... na każdego z poważniejszych miszczów przypadał conajmniej jeden prawnik i dwa laptopy...
Marian próbował włączyć sie w dyskusje - jednakowoż nieszczególnie...
senność dopadła go nagle i szybko jak próchnica....
obudził sie na podłodze, zaraz po tym jak wyrżnął łben wgnieraąc kilka klepek posadzki. probował je poprawić jednakowoż szczeszczególnie mu to wyszło wieć jeno rozłożył w tym miejscu wilgotne onuce.
przewodniczący w tym czasie ciągnął:
  • 0

budo_szczepan
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 8153 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:dzika,śmiercionośna Północ

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
........a nieublagany Ciag Dalszy zlowieszczo nadciagal!!!!!!!!!............
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company

........a nieublagany Ciag Dalszy zlowieszczo nadciagal!!!!!!!!!............


a jak!!!!
przewodniczący w tym czasie ciągnął:
- W imieniu .. i wogóle chciałbym zaznaczyć i napiętnować, fakt, że nader często pojawia sie proceder - tu odchrząknął tajemnie - zdaża sie ze są tacy, co myslą że tylko oni i jak inni to oni, że nie.... z całą stanowczością mówimy Nie tym co mówią tak... i nie bedziemy tolerować żeby ktoś tak...
Pozostali miszczowie kiwali głowami ze zrozumieniem jednakowoż bez przekonania. Marian przechylił łeb próbując zrozumieć wywody wodza...
ten ciągnął namiętnie dalej:
- nie bedziemy wymieniać z nazwiska i imienia, oj nie, ale i tak wszyscy , nieprawdaz, wiemy o co mnie sie tak wogóle rozchodzi. zrobimy wszystko żeby nie było już tak jak jest i zeby sie nie zdarzalo jak sie zdarza bo my nie chcemy zeby sie tak zdarzalo jak sie zdarza, że oni tak jak my że nie do końca...
I odsapnął z ulgą skończywszy zawiły wywód. Marian obślinił sie nieco jednakowoz podłączył sie ochoczo do rzadkich braw....
brawa ustały i wódz zajął sie tematem następnym: w słowach ciętych, ostrych i trudnych w wymowie skrytykował obecnych pomniejszych miszczów przeróżnych za brak aktywności i nierosnącą liczbę wyznawców.
- jak to jest że jeden miszcz rok za rokiem ma tych samych trzech uczniów? gdziesz wasze promocyjne samozaprcie, marketingowe zacięcie i takie tam?
Organizacje naszom widzem ogromnom!!! - zamknął oczy i zapatrzył sie bez sensu przed siebie.. - widze rzesze tysiecy usmiechnietych dziatek z kolorowymi paskami i opłaconymi składeczkami - takimi nie za duzymi ale i nie za małymi. widze klubiska, prosze ja was wielkie i ludne. widze - każdego z was jak co roku przychodzicie do mnie i mówicie - 15-stu, 30 - stu, 50 -ciu - głos mu rósł i czuć w nim było zapał i entuzjazm.
Reszta wodzów gównych jeła sie tez wiercić i oddawać entuzjastycznemu podnieceniuu. wódz ciągnął coraz szybciej głosem głośniejszym, drżącym i szybkim:
- 75-ciu, 150-ciu, 300- tu, 600- głos mu sie rwał a na salu całej panowała już ogólna euforia. taka, ze kiedy tamtem w szczycie ekstazy wyryczał - TYSIAC!!! ludzie jęli rzucać sie na siebie, całować i ściskać. Marian złamał dwóm z próbujących go pocałować kręgosłypy w odcinku niskim - lędzwiowym....


Muhu tera ty....
  • 0

budo_muha
  • Użytkownik
  • PipPipPip
  • 164 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:Gdańsk

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Z pewną taką bezczelnością będę kontynuować swój wątek. Nie jestem ojcem Mariana, ani nawet dalekim wujkiem sąsiada jego kolegi, to i nikt mnie w rodzinie za czarną owcę z tego powodu nie uzna... A snopem

- Na poprzednim spotkaniu – zagaił Marian – padł wniosek o zmianę hymnu Federacji...

Zebrani zadrżeli. Teraz już nie było ucieczki. Miszcz Marian za chwilę mógł zacząć śpiewać. I to było najmniejsze z możliwych nieszczęść. Jego śpiew przypominał zazwyczaj ryk bizona ciągnionego przez XIX-wieczny amerykański parowóz przez wybrukowaną kocimi łbami prerię. Marian w tym czasie wyobrażał sobie jak stoi przed równiutko ustawioną grupą adeptów w pięknie wyprasowanych hakamkach i dyryguje swoimi słowikami przy pomocy bokkena Iwama z tępym końcem. Mina Miszcza spowodowała, że kilku co bardziej gorliwych zebranych pobiegło do domku z serduszkiem po rolkę puszystej świeżości. Marian wykluczył ich z dalszych obrad, a pozostali nawet nie drgnęli aby odwieźć rannych do felczera.
- Chciałem zaznaczyć – ciągnął Marian rozkoszując się narastającym stanem zanshin – że NIE przejdą w głosowaniu takie pomysły jak „Po dobrej wódzie lepszy jestem w dżudzie”! Stodoła lekko zachwiała się pod siłą kiai Miszcza.
- NIE będzie naszym hymnem „Znów się zaczyna taniec pingwina”! Taśmociąg grzmotnięty pięścią Miszcza z jednej strony podrzucił aż pod powałę szklanki ze słonymi paluszkami.
- No i nie wnikając w kolejne propozycje, które były równie do bani jak zeszłoroczny zacier, musicie sobie wybrać coś innego!
Cisza zapadła i jak miecz Domestosa zawisła nad zebranymi. Zza ściany stodoły dobiegło zebranych skrzypienie kół i rzadki stukot kopyt. To właśnie lokalna mleczareczka Martyna Kozodój przejeżdżała ze swym osiołkiem nucąc sobie wesoło „Łoj dana dana, danaż moja dana...”
Na ten odgłos wyprostował się jeden z młodszych zebranych i podniósł głowę jakby chciał zabrać głos. Marian unieruchomił go jednym ruchem dłoni podpatrzonym u takiego czarnego w kasku co strasznie sapał i chodził ze świetlówką. Nie potrzebował słuchać – wiedział co tamten chciał powiedzieć.
- Noooo taaaak. To by mogło nawet być. Łatwo zapamiętać, pogodne jest, harmonia w tym wielka...
- Miszczu – chrapliwie odezwał się trzymany wciąż za gardło młodzian – ale trudno będzie rym znaleźć... Może by tak jeszcze jedno „dana” dorzucić?
- Nieeee – odparł Marian zdziwiony, że przez płaską krtań tamten może jeszcze cokolwiek wypowiedzieć. – Kolejnego dana nam nie potrzeba ...

c.d.n...
  • 0

budo_łabędź
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2100 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:Swanderful country :)

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
I gdy wydawało się ze miecz Domestosa spadnie nieuchronnie na zgomadzonych w sali do mocarnego głosu Martyny Kozodój zdartego niczym powłoka asfaltowa na najbardziej uczęszczanym wiejskim rondzie dołaczył niesmiały i drżacy jeszcze głos pacholęcia. Owo dziecie - wstydliwy owoc i uboczny produkt goracego związku Martyny z wedrownym szczurołapem Wickiem - zaś zakwiliło tak dopełniajac wyspiewywana przez dojareczkę pierwszy wers: Oj danasz moja dana wszyscy kochamy miszcza Mariana....
Na sali obrad zapadła taka cisza, że skrobiąca w dziurze mysz byłaby odgłosem równym akustyką serii z karabinu maszynowego zaś z dającego się wychwycić czujnym choć wciąz nieuzbrojonym uchem miszcza, Marian był w stanie policzyc wszystkie żywe kultury bakteri w jelitach zgomadzonego obok niego prezydium z dokładnością do siedmiu miejsc po przecinku oraz okreslić poziom elektrolitu w bateriach marki Centra które dychawicznie podtrzymywały maszynerię do liczenia głosów.
- Ta - odezwał sie elokwentnie i z wrodzonym wdziękiem Marian; wdziekiem, który tak dobrze sprawdzał sie w czasie wiejskiej zabawy w remizie (obok kultowego grzebienia koloru zajeb... pomarańcz który dyskretnie Marian umieszczał przy takich okazjach w tylnej kieszonce swoich spodni przeczesawszy wczesniej resztki owłosienia ułozone na modną nauralna brylantynę od miesięcy z poswieceniem pielegnowaną) - Taaa powtórzył głebiej - Tu jest nawet rym. Ale czy to wypada zapytał i zasepił się a wraz z nim zgormadzeni na sali.....
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
dobra to i ja siem podłącze pod ten wątek...:

Chociaż czy zasępił sie tak bardzo??? Gdybym miał to opisać - czy zasępił sie bardziej jak sęp kasztanowaty (Aegypius monachus) czy bardziej jak sęp płowy (Gyps fulvus)...
nie - pomyślał miszcz- po prostu siem wkurzłem. wkurzłem sie... jak nic...
z planu tego hymnowego tytułu marian wycofał sie jako ze kolejnego dana otrzymał był dopieroco w zeszłym miesiącu na zebraniu w piwnicy u leśnika Henryka Patyka, tego co utyka. zresztą insynuowanie checi nastepnej promocji niepasowało do tego, ze miszcz wysyłał do szpitala 100 %kandydatów, którzy do jego liczby danów zbliżali by sie choćby na 3 albo 5....
temat hymnubył zamknięty, zresztą miszcz nie chciał poruszać tematu w obecności jeopów co to nie wiedza jaka jest różnica między koszatnikiem a szymszyłem i dlaczego.
nastepnym punktem było wystąpienie innego, pomniejszego wodza, tansze wstał i zapodał:
opimia publiczna i przebrzydłe, bandyckie media siem na nas uwźły panowie miszczowie. wszem i wobec szerzą przebrzydłe insynoacje, że jakopby myśmy są guślarze, okutownicy i antychrysty.
- Ciężki czas nadszedł drodzy moi - i nie diociera do nich że u nas nic takiego siem nie wydziewa.... magia, okultyzmizm - ja, prosze ja was im mówiłem, że żaden z nas nawet tych wyrazów nie umie wypowiedzieć. uparcie tez tłumaczyłem, ze przypadki zniknięć rzeczy różnych z szatni nie maja nic wzspólnego z czarną magią. a ty prosze:
- artykuł " miszczowie sekciarscy czarną magią znikają portfele i co nowsze komóry z szatni...."
Marian wstał i jak to on wydarł się - ja wiem, ze z nas nikt takich rzeczy nie robi, ale jak złąpie....
Zapanował charnider, miszczowie z pośpiechem chowali laleczki voodu, a dwie rozczochrane instruktorki jakgdybynigdynic schowały szklane kule pod spódnice
  • 0

budo_kurm28
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 1261 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:Wrocław i okolice, ale bardziej okolice

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Misja Miszcza Mariana


publikowane tutaj zdarzenia pochodzą z tajnego raportu supertajnej agencji międzynarodowej CIAFBIPZUABWNSAONZPKP. w związku z powyższym uprasza się o nie rozpowszechnianie ich wśród niewtajemniczonych

Miszcz Marian przeciągnął się w swoim wodnym łóżku i zajodłował tak pięknie, że kanarek bengalski, własność sąsiadki z drugiego piętra, rzucił się z drążka na którym siedział głowa w dół, jako że słusznie stwierdził, iż przy takim pięknym jodłowanie jego trele morele może sobie o kant dupy potłuc i jedyne wyjście to samobój..... . (nieszczęśliwie biedne ptaszysko trafiło łebkiem do pojemniczka z wodą i zamiast skręcić sobie kark na dnie klatki, bidulek utopił się, tak czy tak osiągając swój cel).
Kurna - jaki piękny poniedziałkowy poranek - pomyślał MM i pierdnął przeciągle i serdecznie z głębi swojego hara powodując przeciąg, który pozrywał liście z drzew na całym osiedlu.
- Zaraz.... a może to wtorek..... albo środa...... - Marian zadumał się głęboko i starając sobie przypomnieć jaki to dzisiaj dzień tygodnia, jak gdyby od niechcenia wykonał 10 tyś schołmenów swoim stalowym stalkenem - Kurza twarz, trzeba będzie bardziej uważać na treningach, bo te mordercze ćwiczenia doprowadzające do załamania continuum i przemieszczania mojej czcigodnej osoby w czasie i przestrzeni kiedyś mnie zaprowadzą nie wiadomo gdzie.
Podjąwszy takie postanowienie, MM podszedł do wiszącego na ścianie kalendarza aby raz na zawsze (czyli do jutra) rozstrzygnąć jaki dziś ma dzień.
- HA, jednak poniedziałek. No to by wiele tłumaczyło. Ten mętlik i dudnienie w głowie (spotęgowane jeszcze przez piękne i mocarne jodłowanie wykonane z przyzwyczajenia o poranku) mogą być efektem wczorajszego treningu KI co my go z Włodkiem Browarniakiem i Zygą Wisienką w kufelku uskuteczniali. Pocieszające jest to, że to jednak nie wina treningu w dojo tylko w miejscu zupełnie innym.
W ten sposób uspokojony i pogodzony ze sobą Miszcz udał się swoimi kocimi ruchami w kierunku kuchni.

TO zaatakowało Go nagle - wdarło się do jego umęczonej głowy bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnego pardonu i bez żadnego szacunku dla jego Miszczoskich spodni. Zaatakowało tak, ze normalnie kurna każdy by się wkurzył i normalnie Dżizas!!!! Zaatakowany z zaskoczenia mózg Mariana rozpłaszczył się na dnie czaszki i udając formę miękką starał się zrobić wrażenie, że jest czymś zajęty i że w ogóle nie jest mózgiem.
Jednak TO nie dało się zwieść - atakowało raz po raz w równych odstępach z małymi przerwami, potęgując tylko ból i nie pozwalając skołatanemu umysłowi na uruchomienie zbawczej funkcji POWER OFF.

Ustało tak nagle jak się zaczęło – wszechobecna cisza pozwoliła Miszczowi złapać oddech i podnieść się z kolan, na które TO go rzuciło.
- Co za zaraza? – przemknęło przez błyskotliwy umysł Miszcza, który w międzyczasie przestał udawać, ze go nie ma i zaczął pracować pełna parą swojego podkręconego i chłodzonego cieczą IQ w ilości 230.
Marian rozglądnął się uważnie a jego sokoli wzrok prawie od razu zidentyfikował źródło zagrożenia.
Stał a w zasadzie leżał tam – w rogu przedpokoju, na stoliku. Bezczelnie i wyzywająco trwał w bezruchu prowokując Miszcza swoimi zwisającymi przewodami. Wyglądał dziwnie znajomo, ale Marian miał pewne kłopoty z jego identyfikacją.
- Gdzie ja Go już widziałem. Jestem pewien, ze już się kiedyś spotkaliśmy, tylko gdzie.......?
Myśląc te myśli Miszcz równocześnie skradał się w Jego kierunku udając, że idzie się wylać do kibla (a lać się mu chciało okrutnie).
- Dystans! Muszę złapać odpowiedni dystans i wtedy go dopadnę – myślał Miszcz układając sobie w głowie misterny jak koronkowa serwetka albo staniczek plan.
Kiedy już był blisko i szykował się do ostatecznego ciosu On zaatakował ponownie. Niespodziewanie, bez chwili zawahania, bez litości i bez najmniejszego ruchu swojego gładkiego ciała wysłał w kierunku Miszcza wiązkę skondensowanego dźwięku.
Tym razem jednak Miszcz był przygotowany – zareagował tak błyskawicznie, że sam tego nie zauważył a jego reakcja zapoczątkowała mały wir powietrzny, który za dwa miesiące spowoduje tornado w okolicach Białego Stoku. Jego irimi tenkan wyprzedziło dźwięk i dało wygodną pozycję do kontrataku. Bez chwili wahania złapał w swoją mocarna dłoń Jego jedyne odnóże i bez litośnie uniósł je na wysokość głowy czym przerwał potworne DRYYYŃŃŃŃŃŃŃ DRYYYŃŃŃŃŃŃŃŃ:
- Halo, słucham – powiedział Miszcz Marian
- Maniek? – po drugiej stronie dał się słyszeć dziwnie daleki głos – No Maniek czy nie Maniek?
- A jeżeli Maniek to co? – zapytał ostrożnie nie dając wciągnąć się w tą podejrzaną gierkę
- No jak Maniek to dobrze. To ja Malykutasi Montezuma. Pamiętasz mnie?
- W zasadzie to nie bardzo....... – ostrożnie wyartykułował Marian
- No jak to? Przecież razem zdobywaliśmy miszczowskie szlify. Ja szlifierką Boscha a Ty bodajże SAFO model DCFS. No Maniek – nie wygłupiaj się.
- Malykutasi!!!!!!! – Miszcz ani w ząb nie mógł przypomnieć sobie gościa ani tym bardziej zdobywania szlifów szlifierką firmy SAFO, ale jakoś głupio było się przyznać. Pozostając z wielkim znakiem zapytania na swojej szlachetnej twarzy starał się udawać, że gościa kuma i jest git – Co tam dobrego słychać? Jak....... żona? Dzieci.....?
- Spoko – żona uciekła, dzieci się wyprowadziły.... żyć nie umierać. – Miszcz wyczuł swoimi wszystkimi 18 zmysłami, że Malykutasi nie mówi prawdy, ale nie chciał naciskać, żeby się koleżka w sobie nie zamknął.
- Czym Ci mogę służyć? – zapytał Miszcz, starając się przejść do konkretów, bo czół, że jak za chwile się nie wysika, to będzie dym.
- Wiesz Maniek, sprawa jest taka, że obecnie pracuję dla takiej tajnej agencji o nazwie CIAFBIPZUABWNSAONZPKP. Wprawdzie nie powinienem o niej mówić przez telefon, ale niestety czas goni i nie ma chwili do stracenia.
Ooooooo tak, pomyślał Miszcz – nie ma chwili, bo jeszcze jedna chwila i pójdzie w nogawkę.
- Otóż chodzi o to, że potrzebujemy kogoś kto pojedzie do tego Iraku czy Iranu (nie wiem jak to się w końcu wymawia) i znajdzie dla nas tego misia z wąsami. No wiesz tego Husaria czy Husquarna czy jak mu tam.... no wiesz......
- No! – odpowiedział filozoficznie Miszcz co raz mocniej zaciskając zwieracze, aby nie dopuścić do nieszczęścia.
- Więc wygląda to tak, że nikt sobie nie może poradzić Były Foki, nie dały rady, był SPECNAZ – dostali w dupę, był GROM – odwołali im pułkownika, było CIA – nie dogadali się bo nie znają języków. Marian – ostatnia nadzieja w tobie!!
Kiedy Malykutasi wypowiadał ostatnie słowa, do Mariana dotarło tylko jedno z nich – nadzieja. Nadzieja, że Malykutasi skończy a MM będzie mógł się w końcu odpryskać.
- To jak zgadzasz się?
- Pewnie!!!!! – w sytuacji w jakiej znajdował się Miszcz, mógł zgodzić się na wszystko. Ciśnienie było tak wielkie, że nawet jego mocarne zwieracze nie dawały już rady.
- Super – Malykutasi był wniebowzięty – bądź gotów za godzinę. Ktoś po ciebie przyjedzie.
- Topra!!! – wysyczał Miszcz – Narka! - Dodał jak gdyby od niechcenia i nawet nie odkładając słuchawki pognał do kibelka.
Wraz z opadaniem poziomu siusków z organizmu Miszcza, zwiększała się jego zdolność do pojmowania swoich czynów. Kiedy ostatnia kropelka opuszczała boskie ciało z brylantowych ust Mariana wydarło się znaczące:
- O KURWA!!!!!! - Błysk zrozumienia, który przemknął przez jego analityczny umysł zachwiał jego potężnym KI co z kolei spowodowało spadek kursu walut na giełdzie w Tokyo. – Ale się wpierdzieliłem.
Chwile rozterki trwały tak długo, jak długo kropla siuśków spadała w otchłań sedesu.
Miszcz nie był nawykły rozpatrywać rozstrzygnięte sprawy. Słowo się rzekło kobyłka u płotu. Trzeba się spakować i jechać.
Jak pomyślał tak zrobił.
W jedną rękę wziął tobołek z hakamą w drugą tytanowe jo a za pasem zatknął swój legendarny stalken.
Tak przygotowany usiadł w przedpokoju w pozycji seiza i oddał się medytacji oczekując na przybycie Ktosia.

CDN
  • 0

budo_kurm28
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 1261 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:Wrocław i okolice, ale bardziej okolice

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Jakże On pięknie medytował! Siedział na środku przedpokoju niczym skała. Szlachetne i wyraźne rysy znakomicie kontrastowały z gównianym i niezbyt wyraźnym obrazkiem na ścianie. Jego oddech równy i spokojny, oczy przymknięte, ramiona luźne, plecy proste – cudo nie człowiek. Wpadające przez okno w kuchni poranne promienie słońca figlowały niczym para napalonych osiemnastolatków na lśniącej powierzchni tytanowego jo. Piękny był!!
Tak mijały godziny.
Jedynie ktoś kto go nie znał mógł dać zwieść się pozorom. Umysł Mariana mimo iż medytował, to jednak jednym okiem czuwał i miał na uwadze całe otoczenie. Był tak czujny, że słyszał nawet tykanie elektronicznego zegarka, który na przegubie łapki nosiła jedna z wiewiórek chilijskich zamieszkujących rosnący nieopodal dąb oraz szelest poruszanych wiatrem piór martwego kanarka bengalskiego.
Naprawdę był piękny!! (Marian znaczy się nie kanarek. Prawdę mówiąc kanarek wyglądał obrzydliwie z tymi wybałuszonymi ślepiami, skrzydełkami rozrzuconymi w niemym proteście przeciwko nie wiadomo czemu skoro sam się głupek zabił i śmiesznie wystającą z miski żółtą dupeczką).
Nagle Miszcz Marian poruszył się niespokojnie. Jego 17 zmysł odpowiedzialny za niebezpieczeństwo niezidentyfikowane ostrzegł go głośnym DING DONG, DING DONG.
Miszcz zerwał się jednym skokiem na równe nogi i bezszelestnie podkradł się do drzwi.
DING DONG DING DONG – co raz bardziej natarczywie ostrzegał go jego 17 zmysł.
Nie czekając dłużej Marian szarpnął klamkę i otworzywszy gwałtownie drzwi zaatakował intruza jedną ze swoich najbardziej brutalnych aikidockich ataków:
- CZEGO!!!!!
- No już myślałem, ze nikogo nie ma – powiedział stojący za drzwiami podejrzany typek – dzwonię tym dzwonkiem i dzwonię już z 15 minut. Głuchy jesteś czy jak?
Na taką bezczelność Miszcz Marian nie pozwalał nikomu. Jego tytanowe jo sprawnie wplecione pod ramię intruza i kierowane mocarną dłonią Miszcza uniosło typka nad ziemią i z całej siły poniosło w kierunku najbliższej ściany.
Mimo, że sam lot intruz do dzisiaj wspomina jako przeżycie mistyczne to już faza lądowania na zawsze będzie dla niego koszmarnym wspomnieniem.
PLASK!!!! – bezkompromisowo walnął w ścianę pozbawiając ją tynku a siebie dwóch górnych jedynek.
- Jeszcze raz grzecznie zapytam – CZEGO!!!!!! – powtórzył spokojnie swoje grzeczne pytanie Miszcz.
- Snacy ja tego – pseprasam barso ale psysyła mnie Misc Malykutasi.
- Nooooooooo – było tak od razu. Przestań się mazać, w miejsce jedynek wstawi się implanty po 2000 PLN sztuka a ścianę się zatynkuje. Będzie dobrze. Teraz wstawaj i prowadź do bryczki.
Pociągając nosem i ciągnąc za sobą stróżkę krwi posłaniec nadzwyczaj żwawo poderwał się z miejsca i ruszył w kierunku schodów.
- Nazywasz się jakoś? – zapytał radośnie Marian
- Tah – Ktoś. Sygmunt Ktoś.
- Aha – przyjął do wiadomości Miszcz w myślach myśląc sobie, że to dobre nazwisko jak dla posłańca.
Schodząc po schodach klatki domu w którym mieszkał, Miszcz Marian z nostalgią spoglądał na swojski obraz obdrapanych murów, pokrytych spontaniczną twórczością osiedlowych poetów. Czegóż tam nie było? Piękne w formie a bogate w treść : ”Legia kurwa!!”, zdradzające upodobania sąsiadki „Kowalska lubi ciągnąć loda!!” czy też wyrażające miłość do gospodarza domu: „Idzie cieć po schodach, w łapie miotłę niesie, jak dostanie w ryja, to wyjebie się.” Jeden, był nawet podpisany przez autora i ten mocno utkwił w pamięci Miszcza: „Na huj mi ortografia, na huj gramatyka, takiego hwata jak ja, rzadna siła nie tyka.” DACO
Wzruszony do głębi Miszcz Marian otarł ukradkiem spływającą po policzkach łzę i pomyślał sobie bardzo wzniośle:
- Warto, jak bum cyk cyk warto. Pojadę to tego gorącego kraju i zrobię porządek z tymi potworami, a zwłaszcza a tym jednym wąsatym. Muszę bronić zdobyczy naszej kultury. Dla nich, dla tej złotej młodzieży, dla przyszłości naszego narodu, dla tych niewiniątek. Zrobię to dla nich a największą nagroda niech będzie uśmiech na ich rumianych, pryszczatych twarzach.
Uskrzydlony tą myślą, pewien, że robi dobrze siadł na przednim fotelu Wardburga z silnikiem Volkswagena i wieziony przez krwawiącego wciąż Ktosia udał się na lotnisko, gdzie miał na niego czekać Malykutasi.
  • 0

budo_kurm28
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 1261 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:Wrocław i okolice, ale bardziej okolice

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Droga na lotnisko upłynęła szybko i bezboleśnie. Jadąc wygodnym Wartburgiem z silnikiem Volkswagena Miszcz Marian oddał się kontemplowaniu przesuwającego się za oknem krajobrazu (prosto plować nie mógł, bo nie chciał aby Ktoś zobaczył, że tak brzydko się zabawia. Trzeba jednak przyznać, że Miszcz bardzo starał się plować tylko na dresiarzy, kieszonkowców, drobnych rzezimieszków oraz na sporadycznie przemykających pod ścianami przedstawicieli innych SW, których rozpoznawał swoim 16 zmysłem odpowiedzialnym za rozpoznawanie przedstawicieli innych SW).
Dojechawszy na lotnisko Miszcz dziarsko wyskoczył z Wartburga z silnikiem Volkswagena i zaczął intensywnie rozcierać ścierpnięte pośladki, które wprawiła w taki stan sprężyna z fotela zamontowanego we flagowym wytworze DDR-owskiego przemysłu motoryzacyjnego (oczywiście z silnikiem Volkswagena).
- So się stało? – głupio zapytał Ktoś
- Ciele oknem wyleciało! – błyskotliwie odparł Marian i wyzywająco spojrzał w kaprawe oczka Ktosia.
Jednak nauczony doświadczeniem, które zdobył w czasie pierwszego kontaktu z Miszczem Ktoś, jedynie wsunął język w miejsce po wybitych jedynkach i profilaktycznie oddalił się poza zasięg tytanowego jo Miszcza.
Usatysfakcjonowany kolejnym zwycięstwem Marian, odwrócił się na pięcie i dziarsko pomaszerował w kierunku budynku lotniska.
Jak gdyby na jego powitanie sterowane fotokomórką, zbudowane ze szkła i aluminium, wyczyszczone na wysoki połysk, przesuwające się w swoich prowadniczkach z cichym syczeniem, ozdobione kilkoma napisami wejściowe drzwi rozsunęły się zapraszająco.
Przed Marianem ukazał się widok, jakiego jeszcze w swoim długim i ciekawym życiu nie widział.
Po hali lotniska przemieszczał się tam i z powrotem dziki tłum turystów, biznesmenów, ochroniarzy, odprowadzających, naziemnego personelu, zwykłych kurew i alfonsów. Pomiędzy nimi z wrzaskiem i krzykiem pętały się grupki spłakanych bachorów, które z wieką wprawą kroiły z portfeli, telefonów komórkowych i podręcznego bagażu co mniej rozgarniętych i uważnych turystów.
Ta dzicz była wszędzie – na podestach, w kawiarniach i lotniskowych barach, w salach odlotów i przylotów, w kiblach i lazaretach, na podłogach i na krzesłach. No normalnie wszędzie.
Ogarnąwszy to tałatajstwo Miszcz Marian zrazu nabrał ochoty aby odwrócić się na pięcie i odejść w zacisze swojego przyjaznego dojo i kiedy już miał to uczynić, jego wzrok padł na NIĄ.
Padł nie jest słowem, które w pełni oddaje to, co stało się ze wzrokiem Miszcza. Należało by raczej powiedzieć, że spłynął z wysokości jak jastrząb, zaatakował jak sokół, wbił się w NIĄ jak nietoperz w niewykrywalny dla radarów samolot (tutaj autor raportu przypomina specyficzny dla nietoperzy sposób poruszania się „na radar”).
Jej długie zgrabne nogi ciągnęły się od ziemi do samego nieba. Krągłe i jędrne pośladki, falowały delikatnie w rytm jej dostojnych kroków. Obłe biodra cudowną, niczym nie zaburzoną linią przechodziły w delikatny zarys idealnie proporcjonalnego grzbietu. Jej szlachetny i dumny profil przywodził na myśl najpiękniejsze wspomnienia. Na pierwszy rzut oka była Włoszką albo Hiszpanką.
- Bosze – westchnął przez zaciśnięte zęby Miszcz – jaka piękna!!
Niewiele myśląc i wiele wydłużając krok, podążył za nią, aby z bliska oblukać jej kształty.
Kiedy się zbliżył i poczuł specyficzny, cudowny zapach w głowie mu zawirowało i mimowolnie cichutko gwizdnął.
Wtedy Ona odwróciła się i spojrzała na niego swoimi brązowymi, ciepłymi oczami. Zaparło mu dech w piersiach tak mocno, ze żeby wrócić do normy musiał wziąć tabletkę na zaparcia.
Kiedy już znowu normalnie oddychał przez jego głowę jak pośpieszny z Krakowa do Gdyni przemknęła taka oto myśl:
- Kurteczka, przecież to najpiękniejsza przedstawicielka rasy Chart Hiszpański, jaki w życiu widziałem.
W międzyczasie charcica, która zuważyła pełen uwielbienia wzrok Miszcza, pomerdała do niego wesoło ogonkiem i jak gdyby dla podkreślenia tego, że docenia jego uznanie dosyć nieprzyzwoicie polizała się tam, gdzie każdy pies kategorii męskiej posiada jajka. Uczyniwszy ten gest chciała jeszcze zaskomleć seksownie, ale jakiś brutal pociągnął bezlitośnie za smycz przez co rzeczona piękność straciła równowagę i z impetem wyrżnęła zimnym nosem w jeszcze bardziej zimny beton podłogi.
Marianowi zagotowała się krew w żyłach, woda w kolanach a z gorąca stopił się cukier w kostkach przybierając postać karmelu. Już miał nauczyć brutala manier, już sięgał po swój stalken, kiedy nagle jakaś tajemniczy głos z tyłu teatralnym szeptem zapytał:
- Co ty kurwa Maniek wyczyniasz? Chcesz sparować za kundla?
Marianowi pociemniało w oczach.
- Kundla???!!!! Kundla???!!! Ty parchu jeden, ty gnomie zalesiony, ty fajfusie zafajdany, ty.......
Wtedy to się stało – continuum zafalowało, czas się zagiął i Miszcz Marian uniósł się na jakieś 130 do 132 cm nad ziemię a następnie z siłą wodospadu skierował się na spotkanie z matką. (z matka ziemią ofcos)
Jedynie lata ćwiczeń i miszczowskie opanowanie tematu pozwoliło Marianowi przeżyć i wylądować na czterech łapach. Kiedy już szykował się do kontry, a w jego umyśle błyskawicznie ułożył się chytry plan nagle zdał sobie sprawę, że dookoła niego roznosi się jakiś dziwny blask.
To był on – Miszcz Małykutasi.
Jakimś cudem Malykutasi zbliżył się do Mariana tak niepostrzeżenie, że nawet jego 18 zmysł, odpowiedzialny za wyczuwanie innych miszczów nic nie wyczuł (prawdopodobnie ten 18-ty również był fanem Chartów Hiszpańskich i się zagapił).
Blask który od niego bił, był odbiciem promieni słonecznych w szlifach, które Malykutasi zdobywał kiedyś razem z Miszczem Marianem (a przynajmniej tak twierdził) i które utrzymywał wciąż w wysokim połysku.
Wprawdzie Marian nie poznał gościa ale jego przywołany do porządku 18 zmysł natychmiast zabrał się do roboty i momentalnie zidentyfikował tego osobnika.
- A - to ty – wylewnie przywitał się z Malykutasim.
- No – również wylewnie odpowiedział tenże – Cho na stronę obgadamy temat – zaproponował elegancko
skierował się w stronę najdalszego końca lotniska.
Marian po raz ostatni z tęsknotą spojrzał za siebie, ale charcicy już nie było. Zniknęła w tłumie turystów, biznesmenów, ochroniarzy, odprowadzających, naziemnego personelu, zwykłych kurew i alfonsów, uprowadzona przez ciągnącego ją na smyczy brutala.
Zasmucony Miszcz westchnął tylko głęboko i rzewnie po czym zrezygnowany udał się w ślad za rozsiewającym dookoła blask szlifów Malykutasim.

CDN
  • 0

budo_kurm28
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 1261 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:Wrocław i okolice, ale bardziej okolice

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
CDN

Drepcząc swoim kocim krokiem, przez pełen spoconych, pędzących nie wiadomo do skąd ludzi holl lotniska Miszcz Marian powoli wracał do wewnętrznej równowagi, którą stracił kiedy oszołamiał się widokiem charcicy. Jogo tytanowe jo powoli odzyskiwało blask a stalowy stalken wracał do pierwotnej formy.
Nie minęło 13,05 sekundy, a wzburzone KI Miszcza wróciło do normy.
Pogodzony z kosmosem i zjednoczony z naturą Miszcz Marian znowu zaczął podejrzliwie i uważnie rozglądać się wokół siebie. Szybko jednak znudziła go ta czujność, bo oprócz wymienionych wcześniej turystów, biznesmenów, ochroniarzy, odprowadzających, naziemnego personelu, zwykłych kurew i alfonsów, na horyzoncie nie pojawiła się żadna inna ciekawa lub chociaż przynajmniej niebezpieczna postać.
Kiedy dotarli w końcu w najbardziej oddalony kąt lotniska Miszcz Marian był tak znudzony, że skończywszy dłubać w zębach końcem stalkena gotów był dla rozrywki wykonać kilka morderczych tenkanów i ze dwie shiho nagi lub irimi nagi na dowolnie wybranej, reprezentatywnej grupie lotniskowej hołoty.
Na szczęście jednak, dla niczego nie podejrzewającego tłumu Malykutasi bez zbędnych ceregieli przeszedł do sedna sprawy nie dając Marianowi czasu na głupoty.
- Słuchaj mnie, bo nie będę dwa razy powtarzał – rozpoczął –Jak już wiesz, sytuacja jest dupowata i wymaga zdecydowanych i konkretnych działań. Tu masz bilet i jedź – skończył wręczając bilet Marianowi.
Powiedziawszy to i wręczywszy tamto Miszcz Malykutasi odwrócił się na pięcie (lub jak kto woli wykonał tenkai) i tak jak stał tak zniknął w tłumie.
Wmurowany w ziemię Marian stał z półką opuszczoną do kolan i oczami wywalonymi ze zdziwienia na wierzch.
– ZARA!!!!! – wydarł się na cały głos – Gdzie jedź? Po co? Z kim?!!!
Rozpaczliwe wołanie Mariana, jeszcze przez wiele lat odbijało się echem po ścianach hali odlotów miejskiego lotniska. Nie otrzymawszy odpowiedzi, ale zyskawszy ogólną uwagę wykonał popisowe irimi tenkan tenkan zakończone efektownym mae ukemi i dziarskim krokiem pomaszerował przed siebie, chociaż ni cholery nie miał pojęcia gdzie idzie.
Kiedy już stwierdził, że nikt za bardzo mu się nie przygląda, postanowił przeanalizować swoja sytuację. W tym celu tam gdzie stał usiadł w seiza i rozpoczął medytowanie połączone z analizowaniem (co na wtajemniczonych powinno zrobić odpowiednie wrażenie, bo wiedzą jak trudna sztuka to jest. Można zaryzykować stwierdzenie, że dla większości już samo medytowanie jest wyzwaniem, któremu nie są w stanie sprostać).
Siedząc w tej niewygodnej pozycji i niszcząc kolana Miszcz Marian postanowił rozwiązać swój problem metodą dedukcji, wolnych skojarzeń i teorii chaosu.
- Wygląda na to, że wrypałem się w niezły bajzel (teoria chaosu). Skoro już się w to wrypałem, to muszę się jakoś z tego wyrypać, tak jak Zenek Malinka wyrypał Ryśkę od Warczaków (wolne skojarzenia). Hmmmmm – skoro jestem na lotnisku, mam bilet i powiedzieli jedź to chyba wynika z tego, ze powinienem gdzieś polecieć. Gdzie polecieć dowiem się z biletu a jak, podpowie mi jakaś piękna pracownica Portów Lotniczych (metoda dedukcji).
Usatysfakcjonowany swoją postawą i tym, że tak sprawnie rozwiązał problem podniósł się z ziemi nieznacznie tylko przemieszczając swoje centrum i sprężystym niczym tygrys lub inny lampart krokiem udał się w kierunku punktu informacyjnego.
Kiedy tak szedł i szedł (a trwało to długo, ponieważ jak pamiętamy znajdował się w najdalej położonym kącie lotniska) jego uwagę zwrócił pewien szczególny zapach, który normalnie wyczuwał jedynie w okolicach swojego dojo lub ewentualnie również mieszkania. 17 zmysł Mariana wyostrzył się do granic możliwości tak ekstremalnych, że dla zwykłego śmiertelnika stanowiło by to koniec jego smutnej egzystencji. Tak wyostrzony zmysł bez trudu zauważył to, czego sam Marian zauważyć nie mógł. Kawałek puchatego, miękutkiego i dziwnie pachnącego futerka. Uradowany tym odkryciem, z dumą i niepohamowaną radością zaczął walić w ostrzegawczy dzwon znajdujący się wewnątrz Mistrza. Hałas jaki tym wywołał zagłuszył startujące z lotniska Boeningi 737 i informację o odlocie samolotu Koreańskich Linii Lotniczych do Kapsztadu.
Na ten dźwięk Marian spiął się cały, po czym przypomniawszy sobie jakiej SW jest Miszczem natychmiast rozluźnił. Gdy jego mózg skojarzył fakty i z właściwą sobie błyskotliwością wyciągnął poprawne wnioski Miszcz Marian uśmiechnął się lekko pod nosem i pomyślał w ciszy, która zapadła po tym jak 17 przestał tarabanić:

- HA, tu was przygnało zarazy jedne. Śledzicie mnie i na pewno knujecie jakiś podstęp niecnoty.
No cóż taki mój los, że oprócz spraw globalnych, muszę zajmować się i wami.

Uspokojony tymi przemyśleniami Miszcz podniósł z podłogi rzeczony kłębek futerka i z głębi swojego hara, z właściwą tylko jemu wspartą przez filozoficzny spokój mocą zdmuchnął sobie owe futerko z dłoni.
Oczywiście niesiony pędem Miszczowskiego oddechu kłębuszek nabrał właściwości kuli wystrzelonej z KBK/AK i rozwalił centrum sterowania lotami, ale tego już Marian nie zauważył.
Zauważyły to jednak One. Ukryte za filarem stały i z pogardą wydymały swoje zniekształcone od gryzienia orzechów laskowych wargi. Wiedziały, że kiedyś go dopadną a wtedy policzą się z nim okrutnie a Ich zemsta będzie sroga.
Na razie jednak czekały cierpliwie, bo jak wiadomo Wiewiórki Chilijskie czekać cierpliwie potrafią.


CDN
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Miszcz Marian siedział pochylony na kamiennych schodach dojo. Było już dobrze po dziewiątej. Grubą dratwą ze sznurka snopowiązałki obszywał rękawy kimona. Ścieg szedł w miarę równo i tylko wiosenne słońce co chwile oślepiało miszcza tak, że na krótko przerywał wykonywaną mozolnie prace. Patrzył wtedy przed siebie i obserwował spokojnie myśli co to nadchodziły i odpływały dostojnie i bez pośpiechu.
Spojrzał na puste dojo i westchnął.
To już kilka miesięcy odkąd nie zjawił się żaden uczeń. Budynek stał w ciszy przedmieścia pusty i ponury. Miszcz pojawiał się tu codziennie - cierpliwie czekając aż powrócą ci co odeszli, albo zjawią się nowi. Dni mijały i nie działo się nic.
Skłamałbym jednak mówiąc, że Marian był tym stanem rzeczy jakoś szczególnie przejęty.
Bywało i gorzej. Miszcz wiedział, że minął już czas, kiedy salka pękała w szwach a na jego widok każdy przechodzień kłaniał się i uśmiechał. Już wtedy miszcz wiedział, ze czas ten niepewny jest i ulotny i przyjdzie inny.
I przyszedł. Czas, kiedy unikają go i szepczą za plecami. Kiedy byli uczniowie z pochylona głowa przechodzą na druga stronę ulicy. Wiedział o tym i ta powolna droga w osamotnienie nie martwiła go, ani nie cieszyła. Ot taki tam etap.
Marianowi nie potrzeba było uczniów. Tkwił od lat w dojo czekając choć wiedział, że nie musi się doczekać i to czyniło go szczęśliwym.
Miasto i ludzie zmienili się i jak miszcz przewidywał coraz bardziej patrzyło na niego spode łba i z obrzydzeniem. Mówił im o tym i ostrzegał, ale jak się spodziewał nikt go nie słyszał.
Marian w czasach złych i szarych tkwił na straży tych ludzi. Walczył o nich i z nimi. Nikomu wtedy nie przeszkadzała jego niechęć do służb mundurowych i odwieczne dziwactwa. To, że chodził półnago i boso. Zarośnięty rozmawiał z drzewami a uczniom kazał tkwić pół dnia w bezruchu w bagnie po pas, w gliniance za peegieerem. Cały świat był dziwny, szary i absurdalny... nikogo nic nie dziwiło...
Ten świat umarł. Powoli i na oczach miszcza. Miasto zaczęło świecić sytymi, tłustymi wystawami. Szklane domiska, ludzie wbici w garnitury, świecące samochody, gazowane napoje, kredyty, raty, komórki i promocje.
Marian patrzył jak ta choroba pożera miasto i ludzi. Jak jego mała wysepka staje się samotna.
Odchodzili powoli, wstydliwie z opuszczonymi łbami. Miszcz odkrył w tym jakąś masochistyczną przyjemność. Odchodzili bo musieli, bo nie umieli inaczej – tamten świat ich pożarł i nie ma w tym nic złego. Jak obserwowanie spadających z drzewa na jesień liści - tak musi być.... przecież w końcu drzewo nie umarło....
A potem stał się wrogiem miasta.
Choroba weszła do dojo. Co i raz któryś z uczniów przekonywał go do remontu sali. Próbowali zabudować ją regipsami, panelami, plastikami i cholera wie czym jeszcze. Na próżno miszcz tłumaczył, że całe pokolenia szkoliły się tu - w starym baraku kolejowym blisko zdziczałego sadu po peegieerze....
Tłumaczył jak ważne jest aby ściany pozostały surowymi cegłami a na betonowej podłodze leżały twarde maty z pikowanych worków po owsie. Jak ważne jest, aby przez cały rok wiatr wiał przez wybite okna niosąc wiosną zapach łąki a zimą sypiąc śniegiem pod nogi ćwiczących. Że każde pokolenie musi cierpliwie zmiatać kruszące się kawałki cegieł i niezmiennie, cierpliwie łatać rozsypujące się workowe maty.
Nie słyszeli, świat już ich zjadł. Minęło jeszcze trochę czasu i odeszli. Hodować tłuste tyłki na kupowanej ratami kanapie, mielić telewizorem mózgi tak długo, aż naprawdę uwierzą że celem tego naszego wszystkiego jest zdobycie nowego modelu pralki....
I miszcz nie przejął by się tym w ogóle. Wiedział w końcu, że obudzeni istnieją tylko dlatego, że jest tylu śpiących....
Jednak nowy świat jest głodny i nie znosi Marianów. Miasto wkrótce znienawidziło miszcza bo przypominał mu wszystko co odrzuciło....
Supermarket, obwodnica, biurowiec - zresztą co za różnica? Dojo miało być zburzone. Tabuny garniturowców w lakierkach z teczkami zaczęły pielgrzymować do marianowej oazy kusząc go sumkami, sumami, sumiskami. Skakali pociesznie po kamieniach na obłoconej ścieszce do dojo. Miszcz miał jeszcze przedwojenne prawo własności do tego terenu i nikt prawnie nie był w stanie go stąd ruszyć.
Zaczęły się robić paskudnie. Co i rusz ktoś oskarżał go o blokowanie rozwoju miasta, bezrobocie, włóczęgostwo i tysiąc innych bzdur.
Im bardziej szanowali go kiedyś tym bardziej znienawidzili teraz. Za to, że się nie zmienił. Gdyby sprzedał dojo stałby się jednym z nich, zbrukałby się i jak siebie samych mogliby przestać go szanować. A tak, nie mogli przestać i przez to nienawidzili go jeszcze bardziej....
Dziś był dzień ważny. Nawet dla miszcza który miał zwyczaj nie nazywać dni. Dzielił je tylko na ciepłe i zimne uznając że wszelkie inne podziały tylko komplikują niepotrzebnie życie.
Jako, że zawsze nikłe dochody Mariana w ostatnich miesiącach znikły w ogóle, miszcz zadłużył się z opłatami za sale. Sam pieniędzy ani nie potrzebował, ani nie używał. W dojo nie było gazu, prądu i wody. Miszcz nigdy nie wnosił żadnych opłat i nigdy ich w pieniądzach nie pobierał. Uczniowie przynosi mu to czego potrzebował. Jakieś ubrania i prowiant. Po czasach gdy ta społeczność jak zaciśnięta pięść walczyła razem pozostała mu skromna renta weterana, której nigdy nie odbierał. Teraz jednak czas się zmienił a miasto spojrzało na marianowe dojo z odrazą i postanowiło ponad wszystko zrównać je z resztą, przerzuć. Zabetonić, wyrównać, zamalować, spromocjować i takie tam.
Nagle okazało się, ze miszcz nie płaci od lat należnego podatku od jego gruntu i ustawą nakazano mu spłacić zależność. W przeciwnym razie straci prawo do miejsca i władze przejmie tu miasto...
ziś upływał termin i dziś też miała przyjść marianowa renta.
Siedział tak miszcz przed dojo spokojnie czekając, aż nadejdzie czas i otworzą poczte.
Nie miał zegarka i co czas jakiś jedynie patrzył na wiosenne słońce. Kiedy leniwie wylazło ponad najwyższą sosne uznał, że już czas i powoli ruszył przed się siebie.
Wszedł boso w sad. Szedł tędy zawsze na skróty w stronę miasta. Kroki stawiał powoli idąc po trawie równolegle do ścieżki. Wiosna wybuchła w starym sadzie. Równe rzędy wiśniowych drzewek kipiały białymi kwiatami. Trawa młoda, zielona i soczysta, niebo błękitne, bezchmurne. Idąc powoli miszcz schylił się i podniósł ze ścieżki pustą butelkę po winie. Wsunął ją szyjką w dół za pasek spodni na plecach i ruszył dalej schodząc z trawy na ścieżkę. Po kilku krokach zatrzymał się i zastygł.
Czy to ta cisza bez ptaków, czy wydeptane w trawie ślady? Od czasu gdy tu wszedł czuł, ze nie jest sam.
Wiedział, ze jest ich dwóch., wiedział, ze ukryli się po obu stronach drogi za pniami drzew. Czekał spokojnie.
Minęło kilka minut i oni wiedzieli już, ze to on czeka teraz na nich. Zaszeleściły suche w trawie liście i wyszli powoli na ścieżkę.
Żadne łobuzy, żadni młodzieniaszkowie. Na oko po 30 lat ubrani czysto, o zadbanych dłoniach. Oczy bez emocji, zimne i pewne. Jeden ściskał długi na metr kij, drugi właśnie wyciągnął nóż.
Marian pochylił głowę a włosy opadły mu na twarz. Wiedział już co miał wiedzieć. Są nasłani i nie odejdą póki nie zrobią swego. Mają pewnie nie dopuścić, żeby doszedł na pocztę. Ciekawe co o nim wiedzą – pomyślał.
Ruszyli w jego kierunku i miszcz wyczuł w ich ruchach pewność. Za dużą pewność. Nie wiedzieli kim jest.
Szli pewnie, jak na jego egzekucje. Ten z kijem podszedł go z lewej, drugi stanął nawprost. Miszcz tkwił z opuszczoną głową czekając.
Tamten opuścił nóż i kiwnął głową do wspólnika. Facet z kijem wniósł go nad głowę mierząc w kolano Mariana. pałka ruszyła w dół i na wszystko było już za późno. Marian wpadł między nich. Ściął dystans i klęknął przed pałkarzem. W tym samym czasie lewą ręką wyjął zza pasa butelkę i roztrzaskał ją o rzepkę atakującego. Kij walnął o ziemie. Wstając w kierunku nożownika jednocześnie przecinając pozostałym w ręce tulipanem butelki tętnice udową drugiej nogi pałkarza. Facet z nożem zdążył jedynie podnieść nóż nieco wyżej kiedy marian przesunął się koło niego jednym krokiem. Trzymając resztki butelki przy pasie przeorał mu nią brzuch . Kruszące się szkło zazgrzytało miarowo o żebra.
Wszystko ustało i wszyscy trzej przez chwilę stali w przepięknym bezruchu. W słońcu świeciły krople krwi na szyjce butelki w dłoni Mariana.
Potem tamci obaj padli. Facet z pałką bezwładnie walną plecami o młodą wiśnie tak mocno, ze białe płatki kwiatów posypały się na niego jak śnieg. Marian przez chwilę patrzył jak ich biel miesza się uciekającej z tamtego krwią.
Bez słowa zabrał im nóż i kij, wyrzucił w krzaki i przyklęknąłwszy przyjrzał się ranom. Paskiem spodni sciągnął jednemuudo wyżej cięcia. Z zadowoleniem stwierdził, ze jak zamierzał - drugiemu przeciął dość głęboko jedynie skórę na brzuchu. Przeszedł się wokół drzew zbierając młode, soczyste liście babki. Tamci patrzyli na niego bez słów i po czasie jakimś wszyscy w trójke żuli liście i przykładali do długiej na cały brzuch rany nożownika.
Minęło trochę czasu i Marian wstał :
- Muszę już iść, dacie sobie rade? - rzucił.
Kiwnęli głowami krzywiąc się z bólu. Miszcz machnął im ręką i ruszył w stronę miasta.
Zapamiętał, żeby przysłać tu po nich kogoś kiedy już dojdzie. Z drugiej strony obaj wyglądali na zawodowców. A jeśli nimi byli mimo ran znikną sami nim ktokolwiek tu przyjdzie.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Był już na głównej drodze w mieście, kiedy kątem oka zauważył ze ktoś za nim idzie. Tłum miastowych przewalał się nieświadomie i w tym strumieniu tłustych cielsk miszcz wyczuł wrogą mu intencje. Zrazu palić go zaczął punkt na plecach i poczuł, że ktoś mu się przygląda i za nim podąża. Właściwie zdawał sobie sprawę, ze na swój sposób każdy mu się przygląda. Chodziło pewnie o to, ze szedł na boso, zarośnięty i rozczochrany, w rozchełstanej flanelowej koszuli bez guzików. Jak to Marian.
Ten z tyłu był inny – w nim nie było odczuć prostych jak obrzydzenie czy zwykły strach. Jego były pokrętne i lepkie.
Miszcz wszedł w ciemną bramę kamienicy. Brama jak to brama. Obszczana, śmierdząca, nieoświetlona, z hałdą gruzu i pobitych butelek w rogu. Wszedł w głąb i kucnął za hałdą. Wciągnął głęboko powietrze z całym tym zapleśniałym odorkiem czując jak oczy otwierają mu się szerzej i krew zaczyna krążyć żywiej w żyłach.
Dzień był słoneczny i jasny tak, że kiedy gość wsunął się w bramę po chwili przez jakiś czas macając na oślep na ścianie głupawo szukał włącznika nieistniejącej żarówki. Po durnowato pochylonej głowie i sposobie chodzenia Marian bez trudu rozpoznał swojego dawnego ucznia... podszedł do niego od tyłu, bez słowa obrócił i uderzył pięścią w splot słoneczny. Tamten zachłysnął się powietrzem i próbował je żałośnie łapać przez cały czas nawet, kiedy Marian rzucił go na górę śmieci i kucnął obok.
Miszcz przyjrzał się chłopakowi zaskoczony. Pamiętał go jako rudego – teraz włosy miał zafarbowane na kruczo czarne, na uszach słuchawki, czarne okulary. Czarne ciężkie buciory. Zdzieiony Marian patrzył na niego przez chwilę.
- Marian, a ty co?, Zwariowałeś? – wycharczał w końcu tamten. Kaszląc i plując.
Miszcz oniemiał. Z kilku względów. Po pierwsze zaskoczył go piskliwy głos tamtego. Nigdy go nie słyszał. To wiązało się z drugim powodem oniemienia – tamten nazwał go po imieniu. W czasach, kiedy miał uczniów jedyne co ośmielali się w jego obecności powiedzieć było „tak” albo „dziękuję” a i tego nie nadużywali ze strachu.
Popatrzył na niego i zastanowił się jak zareagować. Zareagował odruchowo i instynktownie. Uderzył mocno, między oczy, pięść połamała plastikowe, czarne okulary tak, że skruszone kawałki wbiły się w skórę u nasady nosa. Tylko jęknął. Nie powiedział już ani słowa bo miszcz przyłożył palec do jego ust. Trwali tak przez chwilę. Marian zmoczył palec w krwi ściekającej tamtemu jak łza po policzku i rozmazał o wnętrze swojej dłoni. Farbowany drżał ze strachu.
- Powiedz mi co masz mi powiedzieć. I nic więcej... – powiedział miszcz.
- Kazali mi powiedzieć, ze poczta jest zamknięta, ze jutro sami przyniosą pieniądze, ze nie ma przekazu, cokolwiek, żebyś....., żeby.... Miszcz przeszedł jutro a nie dziś. Oni mi kazali.... – wyrzucał z siebie chłopak.
Miszcz podniósł palec do ust i tamten umilkł. Nie powiedział niczego czego się nie domyślał...
Mariana naszedł ten dziwny smutek, który pojawiał się z rzadka, ale nie dawał spokoju. Po co to wszystko? Lata wyrzeczeń i mordowania się z nimi zmaterializowały się w tym pokracznym, żałosnym czymś, co zwijało się przerażone u stóp miszcza w kupie śmieci. Te chwile słabości pojawiały się ostatnio coraz częściej i odkąd świat w który wierzył kurczyć się zaczął rozpaczliwie szybko Marian co i raz mierzył się z taką bezsilnością.
Westchnął i ruszył w stronę ulicy. W połowie drogi odwrócił się i spojrzał tamtemu w oczy. Właściwie spróbował bo chłopak odwrócił wzrok...
Miszcz nie wiedział czy jego słowa dotrą do tamtego, ale warto było spróbować. Spokojnym i cichym głosem powiedział:
- Nie potrafisz patrzeć w oczy. chowasz się za czarne okulary. Chodzisz w upał w ciężkich buciorach nie czując ziemi. Farbujesz włosy. Zmieniasz wszystko tylko nie to co trzeba. Co dzień jest cię mniej i w końcu ta skorupa cię zabije i zje od zewnątrz – jego głos brzmiał ciężko w ciemnym, zatęchłym pomieszczeniu. Ciężko, wyraźnie i smutno. Mówił jeszcze czas jakiś nie wiedząc nawet czy tamten , skulony w bezruchu, go słyszy. Potem wszystko co miało być powiedziane powiedziane zostało i Marian wyszedł na ulice.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Koniec
.... Potem wszystko co miało być powiedziane powiedziane zostało i Marian wyszedł na ulice.
Brnął smutny przez przez zatłoczoną ulice. Szukając wzrokiem czegokolwiek znajomego. Tłum - wyprany, wykrochmalony, o pyzatych twarzach zaczął go nagle drażnić i mierzić. Marian wyrwał się z potoku ciał i z ulgą stanął z boku patrząc. Chyba się starzał, bo coraz trudniej znosił zatłoczone miejsca.
Na ławce, na skwerku przy drodze zauważył znajomą postać. Z uśmiechem podszedł i siadł obok.
Starzec otoczony górą zapchanych,. foliowych toreb mrucząc coś do siebie zdawał się go nie zauważać. Spokojnie patrzył przed siebie i potrząsał siwą brodą bajdurząc pod nosem.
Siedzieli tak czas jakiś w milczeniu. Marian cieszył się bliskością dawno nie widzianego przyjaciela i nie chciał tej chwili zepsuć jakimś niestosownym słowem.
- Cześć Marian - rzekł pół godziny później starzec klepiąc miszcza solidnie po ramieniu.
- Witaj Erhard, jak tam zdrowie?
- Nie narzekam, da się żyć. A jak tam ty - trzymasz się jeszcze dojo, nie zjedli cie?
Miszcz opowiedział mu o kłopotach i wyprawie na pocztę. Erhard wydawał się szczerze ubawiony.
- Wygląda mi, ze się szykuje młócka, można się podłączyć?
Marian zgodził się z radością. W młodości przeżyli razem wiele a Erhard, który czas już jakiś temu porzucił nauczanie był wyraźnie znudzony.
- A ty co ? - zagaił miszcz. - Nie ciągnie cie do dojo?
Erhard był miszczem karate, przez lata całe wychowywał pokolenia adeptów wierny kultowi ciężkiej pracy i krwawych treningów. Legendy krążyły o jego dojo - mrocznym miejscu, gdzie wchodzisz na własną odpowiedzialność a wyczołgujesz się na własnych, okrwawionych kolanach. Odszedł kilka lat temu uznając swój trud za bezsensowny.
Uznał, że materialność go męczy i pewnego dnia oznajmił Marianowi, że postanawia zostać lumpem. Od tego czasu krążył po mieście w zniszczonym ubraniu targając ze sobą naręcza wypchanych toreb a każdy gest obrzydzenia i pogardy sprawiał mu szczera satysfakcje.
Do tego stopnia, że specjalnie pojawiał się w miejscach eleganckich i jak najbardziej nieodpowiednich dla szanującego się lumpa. Za każdym razem, gdy wyrzucano go z restauracji, albo omijano ze wzgardą na ulicy uśmiechał się do siebie szczęśliwy jak nie wiem co. Większość dnia spędzał ćwicząc w samotności. Oczyszczając formy z elementów zbędnych dążył do esencji. Znużony praktyką ruszał znów między ludzi wzbudzać odrazę i delektować się tym szczególnym, cudownym momentem gdy obrażony, wyszydzony uśmiechał się tylko i odchodził.
- Nieszczególnie, dobrze mi jak jest… , właściwie dobrze, że cie widzę. Całe rano piszę tekst. Kto jak kto, ale ty to zrozumiesz . rzecz się nazywa: " Makdonaldyzacja"
Erhard pogrzebał za pazuchą i podał Marianowi zgięty na pół i drobniutko zapisany kawałek kartonu.
Marian zaczął czytać.:

"Macdonaldyzacja sztuk walki.
W socjologii pojęcie macdonaldyzacji społeczeństwa robi już od jakiegoś czasu dużą karierę. Upraszczając chodzi o bezpośrednie przełożenie mechanizmów funkcjonowania czy też cech działania placówek fast foodu (McDonalds jest tu chyba najwyraźniejszym przykładem) na ewolucje stosunków międzyludzkich, zachowań socjologicznych jednostki czy też szerzej, mechanizmów działania społeczeństwa.
Według niektórych świat przez ostatnie dekady staje się olbrzymim działającym na wielu poziomach barem sprzedającym szybko i pewnie wysokokaloryczne, tanie, nieszczególnie zdrowe i trudne do zidentyfikowania coś.
Temat jest szeroki i może być interpretowany w każdym właściwie aspekcie życia jednostki. Jako, ze zajmiemy się tylko sztukami, czy sportami walki tekst będzie oczywiście wybiórczy.
W przeszłości szkoły walki miały jasne zadanie - szkolić adeptów dla konkretnych celów: tworzenia kasty wojowników, grup mających posiadać jakieś konkretne umiejętności. upraszczając głównie chodzi o zabicie, okaleczenie lub rzadziej obezwładnienie przeciwnika. Umiejętności lepiej lub gorzej sprawdzano i wykorzystywano podczas konfliktów i wojen.
Upraszczając dalej - dzisiejszy świat żyje w pokoju a współczesna wojna odsuwa walkę wręcz na dalszy plan. Sztuka walki stała się towarem i jak to w handlu jego sprzedażą rządzą reguły.
Macdonaldyzacje charakteryzuje kilka pojęć, które pozwolą nam przyjrzeć się zjawisku bliżej:
Szybko
Dostępnie
Bezpiecznie i przewidywalnie
Masowo
Atrakcyjnie
Uniwersalnie
Cool

Szybko
W barze szybkiej obsługi kanapkę dostaniesz od razu. Nie jest to wykwintne włoskie danie i nie czekasz na nie pół godziny. Pokolenie mtv nie nosi czekania. Ta dziecięca cecha niezdolnosci do skupienia się dłużej niż 5 minut na jednej czynności przestaje być dziecinna. Błyski, migawki, sieczka. Tak pojmuje i tak oczekuje nowe pokolenie i za to chce zapłacić.
Dlatego pojawiają się dojo i kluby, które chcą to im sprzedać. Zupełne absurdy jak kursy samoobrony w weekend czy książki i kasety stoją w sprzeczności z rozsądkowym przeświadczeniem że sztuka walki jako system uczenia ciała odruchów musi być intensywnie nauczana przez lata.
Szybko. Nikogo nie interesują systemy, jeśli z góry wiadomo, ze trzeba lat na ich zgłębianie.

Dostępnie.
Macdonaldsy sa wszędzie. To jakie są wynika z tego, że są dla każdego. otwarte do późna i zapraszające, z kasą i uśmiechniętym sprzedawca naprzeciw drzwi.
Klasyczne szkoły walki w przeszłości z kilku względów dokładnie sprawdzały kandydatów. Szkoły tylko dla konkretnej kasty, rodziny, grupy. Sekretne techniki, rodzinne techniki, protekcja, testy przed rozpoczęciem nauki. W niemal czystej formie ten system przetrwał w żywych współcześnie odpowiednikach. Mowa tu systemach szkolenia dla oddziałów specjalnych wojska czy cywilnych lub wojskowych służb specjalnych. Jako szkoły żywe, uczące umiejętności niebezpiecznych stosują klasyczne dla dawnych szkół: selekcje, protekcje, eliminacje.
Klasyczne sztuki walki stały się po części praktykami martwymi i oderwanymi od środowisk w których powstały. Stały się też towarem i jako towar mają być jak najlepiej sprzedawane. Nie ma ograniczeń i jak grzyby po deszczu powstają szkoły i szkółki wszędzie. Pomijając jakość nauki ludzie z innych czasów i kręgów kulturowych mogą uczyć się dziś trzymanych przez setki lat w tajemnicy form ninjitsu, czy elitarnych form iaido. Dodajmy do tego, ze jak w wielkim supermarkecie do wyboru mamy naukę dziesiątków systemów z całego świata - powstałych na przestrzeni wielu wieków. Każdy z nich powstały w zupełnie innych kręgach kulturowych, pod wpływem innej kultury, czasów, społeczeństwa.
Jak przerzucając pilotem możesz wybierać programy, możesz wybierać szkoły. Dziś jesteś tajemnym ninja, zawodowym mordercą, jutro karateką z Okinawy o zabójczych dłoniach, jutro mnichem z chińskiego klasztoru. Tak telewizor wkracza w życie. W erze mtv wszystko jest możliwe.

Bezpiecznie i przewidywalnie
Gdziekolwiek na świecie znajdziesz mcdonaldsa, wygląda on tak samo. Jak wyspa, ostoja tego co znasz i lubisz. W każdym zakątku świata hamburger czy frytki smakują tak samo- bezpiecznie.
Szkoły walki współcześnie istnieją dzięki stereotypom. Bezdyskusyjnie stworzony przez media, czy szerzej kulture masową przerysowany i uproszczony obraz z tanich filmów, teledysków i komiksów. Pokolenie mtv jest pokoleniem zjadaczy, to pokolenie bierze, chce brac. I wie czego chce – chce materializacji wizji jaką nosi w głowie.
A świat jak wielka farma tucząca prosiaki wmawia im ze są szczęśliwe i da im to czego chcą, mętnej nijakiej brei o regularnej porze.
Po prawdzie trening sztuki walki nie był w przeszłości ani bezpieczny ani przewidywalny. W klasycznym wydaniu to trwające przez lata piekło, pot, zmęczenie. Nie każdy się do tego nadawał i część z nich po prostu odpadała. Przetrwało to choćby w piekielnie trudnych przygotowaniach sportowców do poważnych zawodów, gdzie eliminacja i oczywisty wynik są ze sobą powiązane.
Nic nie było także przewidywalne, nic ci się nie należało a panem i władca twojego życia był mistrz i nauczyciel. Dziś traktowane jako towar zmienia oblicze. Kupiec ma prawo!! Wymagać konkretnego towaru, jakości usługi, bezpieczeństwa, ubezpieczenia, klimatyzacji, sterylizacji, deratyzacji. Pokolenie mtv nie zmywa podłogi w dojo, nie czuje odpowiedzialności za pozostawiony brud. Nauka staje się konsumpcją nie rozwojem.

Masowo
Mac jest jak mała fabryczna, z namiastką nastroju dla kilkorga, ale i przygotowany na najazd dużej grupy. W jednej z pierwszych restauracji krzesła były trochę pochyłe tak, aby klientowi nie było za wygodnie i po zjedzeniu wyszedł zwalniając miejsce komu innemu.
Uczący sztuki walki w przeszłości byli głównie biedni. Ucząc bierzesz odpowiedzialność za ucznia a jego umiejętności firmują ciebie i twoją szkołę. Dlatego zamożni byli nieliczni – ci którzy uczyli bogatych albo wpływowych. Jakość wyznacza wartość w czasach jej sprawdzalności.
Dziś to w 90 % czasy sprzedaży i kupna stereotypu, wizji. Umiejętności nie ma gdzie sprawdzać (poza systemami sportowymi, które w oczywisty sposób ograniczają reguły dyscypliny). W takich warunkach powstają hybrydy – potężne masowe szkoły, kursy dla setek uczniów. Znika osobisty kontakt nauczyciela i ucznia, pierwotnie rozgrywający się na wielu płaszczyznach życia. W kulturze europejskiej zbliżona do tego jest ewolucja nauki zawodu z kontaktu mistrz/ czeladnik do anonimowych, masowych szkół zawodowych nie uczących właściwie niczego przydatnego później.

Atrakcyjnie

Ma być atrakcyjnie. Ma być jak w telewizji. Błyskać, świecić. Zmieniać się. Nic nudnego. Mac potrafiłby nawet sprzedać atrakcyjnie psie odchody, jeśli miałby czas wcześniej przekonać cie, ze to colo i trendy.
Prawdziwa praca nie jest atrakcyjna. Co atrakcyjnego w powtarzaniu tego samego ruchu tysiące razy??? Do znudzenia, załamania, zmeczenia, rezygnacji, nadziei, przez pot, zakwasy, wymioty, płacz, ból. Nic z tej listy nie jest do zaakceptowania przez pokolenia maca. ……


- no i jak? - zapytał Erhard.
Eee. Milusi0- powiedziałbym zgrabne - wymamrotał Marian krzywiąc się
- Ale? - nacisnął Erhard widocznie rozczarowany brakiem entuzjazmu.
- dziwaczne te twoje uogólnienia. Mnie się wydaje, że krytykując stereotypy sam ich używasz. Jak to całe pokolenie. Sam jako miszcz wiesz, że nie ma czegoś takiego. Nie można się obrazić na tłum, bo jest głupi. Tłum nie istnieje. Jest tylko grupa pojedynczych, niepowtarzalnych istnień. To jest jak...
- wiem, wiem - mruknął Erhard - to jest jak łąka trawy. Każde źdźbło z daleka wygląda tak samo, ale jak podejdziesz bliżej każde jest inne. Krótsze, dłuższe, mniej lub bardziej zielone, czyste albo obsrane przez żuka gnojaka.
- wszystkie źdźbła na wietrze pochylają się tak samo - podjął Marian - A ty tym tekstem chcesz walczyć z wiatrem. Głupie troche ..
- wiem, ale przez chwile wszystko było nieco prostsze... - Erhard dłubał butem w ziemi przez chwilę a potem pogniótł zapisany karton i wywalił do kosza.
- Poza tym - bezlitośnie ciągnął Marian chichocząc - czy twoja żona po tym kiedy postanowiłeś zostać lumpem nie zostawiła cię dla jakiegoś kierownika zmiany w barze?
Erhard wypowiedział dość głośno kilka słów, które zdecydowanie przystoją bardziej lumpowi niż miszczowi, pacnął przyjacielsko Mariana w łep i wstali z ławki.
- Pomożesz mi z tymi torbami?
- a właściwie co ty tam targasz?
- Eee, nic, wypchane gazetami, ale staram się być wiarygodnym lumpem…
- Powinieneś być brudny i śmierdzący - Marian postanowił być szczery - jesteś zdecydowanie za czysty. Wyglądasz bardziej na Mikołaja niż żula...
Ruszyli, po jakimś czasie doszli do rogu zza którego wyłaniał się gmach poczty Postawili torby przy koszu i wyszli zza rogu.
Ulica była zablokowana. Metalowe bramki zamknęły chodnik o po oczach swiecił zakaz przejścia dla pieszych. Przy wejściu do urzędu bez wprawy i zapału w otwartej studzience kanalizacyjnej grzebało paru mięśniaków. Na dachach Marian zauważył przyglądających mu się przez lornetki typów. W zaparkowanych na chodnikach furgonach zakotłowało się i wyskoczyło kilkunastu uzbrojonych w pałku miśków. Na widok Mariana zapanował mały harmider.
Miszczowie popatrzyli na siebie.
Erhard pogrzebał w jednej z reklamówek i wyciągnął zwinięty w rulon plik banknotów. Podał Marianowi.
- Masz, to powinno starczyć. Mi to niepotrzebne. Nie używam
- Czemu nie dałeś mi tego wcześniej? nie trzeba by tu przychodzić - zapytał Marian chowając plik.
Erhard zachichotał i spojrzał mu w oczy:
- A co, nie przyszedłbyś tu i tak?
Marian tylko za rechotał.
- Nie chodzi o kasę, co? Chodzi o to, żeby do końca.... ,mocno..., nie uschnąć, ale spłonąć... - ciągnął Erhard uśmiechając się coraz szerzej.
- taa - powiedział cicho uśmiechnięty Marian - ładny dzień, krew pięknie świeci przy wiosennym słońcu. Idziemy?
I dwóch starych mężczyzn wyszło zza rogu.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Znowu początek

Marian siedział w bezruchu przy stole. Właściwie nie był to stół, ale ustawiony na żeliwnej podporze solidny kawał azbestowej płyty. Znalazł ją miszcz w zgliszczach budynku poczty, który z niewiadomych przyczyn zawalił się w zeszłym tygodniu.
Miszcz jak wspomniano siedział w bezruchu z zamkniętymi oczami. Jasne, że oczy miał lekko uchylone bo jak to miszcz przez cały czas musiał być w gotowości, a jak masz zamknięte oczy to przecież wiadomo, że nic nie widzisz....
Możnaby pomyśleć, że Marian medytuje, wgłębia się w siebie albo co. W rzeczywistości miszcz polował na karaczany. Zwabione subtelnym buczeniem radioaktywnego blatu marianowego stołu wyłaziły z dziur i zakamarków.
Wielkie jak bateria paluszek paluszek z nóżkami wgramalały się na stół. Wtedy właśnie miszcz budził się z mistycznego letargu i mocarnym bam rozgniatał dziadostwo pięścią swą błyskawiczną.
Miszcz ostatnimi czasy znajdował to zajęcie odprężającym i ciekawszym od poprzedniego hobby - ganianie w shikko listonosza na rowerze.
Kiedy to szczególnie wypasiony robal wlazł z trudem sapiąc zapewnie na stół miszcz zmiażdżył go ciosem tak potwornym, że odłamany róg płyty urwał się radioaktywnym świstem i odleciał w róg pokoju.
Zostawiając za soba łunę rozszczepionych atomów odłamek pacnąłbył we włącznik telewizora i opadł na pokrytą gruzem podłogę. Telewizor, nagroda -wyróżnienie w konkursie Wierszy Białych o Tematyce Agroturystycznej służył miszczowi głównie za podstawkę pod garnek z ziemniakami.
Maszyna zabuczała i przez chwilę kolorowe paski pomerdały po ekranie poziomowo.
Chwile potem z pudła wydobył się dzwięk a tycio potem i obraz.
W dyskretnym studio odbywał się wywiad. Wielki, umięśniony atleta opowiadał o życiu, karierze, takich różnych, ogólnie nudno jak cholera.
Miszcz zafascynowany węzłami jego mocarnych członków patrzył przez chwile, jednak znudzony powrócił do udawania, ze siedzi z zamkniętymi oczami. Mięśniak w międzyczasie rozkleił się i płacząc przyznał że panicznie od dziecka boi się dentysty, niebieskich spodni – rybaczek i moczy się na widok żółtych, samoprzylepnych karteczek.
Miszcz, tak jak lubił, oniemiał na krótką chwilę, a potem szybko jak nie wiem co wrócił do siebie.
Tu trzeba dodać, że miszcz Marian nie oniemiewa jak zwykły, nijaki taki z ulicy. Nijaki taki, jak oniemieje to go można jak nic od tyłu zajść i ciulnąć w papę aż zahuczy. Marian nie miewa takich oniemień. Taaak, spróbuj zajść od tyłu Mariana jak oniemiewa. Osobiście nie radzę...
Co to ja? Acha, Marian już oniemiał a mięśniak dalej płacze. Miszcz oddał się chwili zadumy.
W chwilach zadumy miszcz prowadził ze soba dialogi. Dialogi na tak wysokim etycznie, technicznie, zaawansowanym poziomie, że ja ich nawet przytaczać nie będę bo ni cholery nie zrozumiecie. Równie dobrze możnaby spisać w oryginale kłótnie 2 pijanych wiewiórek czylijskich o zepsuty orzeszek...
Grubsza jeno w przybliżeniu opisze o co w tem procesie myślowym chodziło.
Marian zastanowił sie czy kiedykolwiek odczuwał strach. Po chwili doszedł do wniosku że jest nieustraszony i że nie wie czy to dobrze czy źle. Coś w mrocznym wnętrzu miszcza przez chwile zamruczało że to ogólnie wtopa bo jak to się mówi ... tylko gupi siem nie boi. Marian jednak szybko doszedł do wniosku, ze te teoria jak nic wymyślili tchórzowie, ludzie słabi i miękcy jak kiepsko wyprawiona skóra wiewiórki czylijskiej.
Dziadek miszcza, który był rosłym Czukczą mawiał, że to cecha rodzinna i mimo że życie kopie ich klan po życi, męska część klanu nie boja nic... (Właściwie dziadek Mariana podawał się jedynie za rosłego Czukcze, innymi razy za zagruźliczonego skarłowaconego potomka rodziny Habsburgów innym znowu razem utrzymywał, że jest zaginioną carewną Anastazją albo, jak popił naprawdę - południowoamerykańską odmianą gryzonia drzewnego.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Kilka takich sobie dni z życia miszcza
Miszcz zachowywał pogodę ducha mimo przeciwności losu. Ostatnie dni przyniosłyby mu moc przykrości i upokorzeń, gdyby tylko Marian przejmował się przykrościami i upokorzeniami. Życie miszcza z dnia na dzień upływało pasmem morderczych zmagań z przytłaczającą nieprzewidywalnym chaosem codziennością.
W poniedziałek rząd amerykański uznał jednomyślnie i idiotycznie nagle mariana za zaginioną iracka broń masowego rażenia i tłumacząc to durnowato posiadaniem przez miszcza wąsów znienacka rzuciła na mariana dwie wzmocnione brygady pancerne.
Fakt ten rozbił miszczowi zupełnie grafik dnia, w którym kluczowa rolę miały spełniać intensywne obserwacje zwyczajów godowych wiewiórek czylijskich. Wybuchy moździerzy i huk lądujących czopterów spłoszył obserwowaną parkę i dał marianowi zupełnie racjionalny powód do reakcji powiedzmy - zdecydowanych.
Reszte dnia zajęło mu sprzątanie pogiętych blach rozbitych pojazdów z podwórka...
Miszcz zrzucil porzucony przez uciekających sprzęt wojenny na kupę w rogu polany za wychodkiem i poszedł szukać wiewiórków....
Wtorek był nie lepszy - obserwowana parka wiewiórków została otoczona przez grupę wyrośniętych królików, które na oczach samiczki dotkliwie pobiły samczyka. Marian wkroczył już w momencie, gdy zdziczałe króliki kopały leżącego wiewióra po jajcach. Dalsza obserwacja nie miała większego sensu... miszcz wrócił do domu i resztę dzionka obdzierał króliki ze skóry na żywca...

W środę był dzień sosny. Miszcz zastygł w bezruchu oparty o sosnę czerpał z niej siły witalne. Soki krążyły we drzewie w te i we wte, korniki bzykały się pod korą a miszcz tkwił.
Uśmiech pogodny nie spełzł z marianowego czoła nawet gdy uparty idiotycznie dzięcioł jął go pukać w czoło. Miszcz zdzierżył też fakt, że pokaźny jeleń postanowił poocierać o niego poroże. Jednakowoż pobudzony unoszącymi się w powietrzu feromonami spoconego Mariana jeleń pozwolił sobie na nieco odważniejsze formy pocierań. Tego już miszcz znieść nie mógł... wprawnie skręcił gadzinie łeb a dzięcioła celnym pac strącił na ziemie i dokładnie podeptał. Reszte środy zajęło mu obdzieranie jelenia ze skóry i wypychanie dzięcioła.
W czwartek miszcz postanowił w końcu przekroczyć granice ludzkiej wytrzymałości. Oczywiście zdawał sobie sprawę ze jest nieludzko wytrzymały i granice ludzkiej wytrzymałości przez to nieszczególnie go dotyczą. Ludzkie przekraczał zresztą nieludzko często i osobiście uważał to za zdecydowanie przereklamowane. Do własnych było mu zawsze okrutnie daleko i zazwyczaj robiąc tysięczną pompkę na lewej ręce z dwoma pustakami na plecach zaczynał powątpiewać czy takowe w ogóle istnieją. Jednakowoż wewnętrzny, pierwotny głos mówił mu, ze gdzieś tam w dalekiej oddali jest i kres marianowych możliwości. Marian nie przejął się tym za bardzo i poszedł spać.
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
rośnie młódź zdolna okrutnie. Oto text by blackgirll:


Miszcz siedział nad pięknym, górskim potokiem, związując wierzbowymi witkami (z braku czegoś odpowiedniejszego) zapałki (z braku bambusowych listewek), aby stworzyć miecz shinto, którym miał zamiar wczesnym rankiem ćwiczyć kata. Wszakże wszelaka broń jaką posiadał była wykonana jego własnymi, nieco juz spracowanymi i zniszczonymi ciągłymi walkami i udowadnianiem swej wyższości nad innymi pseudo wojownikami
(jak zwykł ich nazywać), rękami. Szum wody obijającej się o gładkie kamienie, był muzyką dla strapionych gwarem miasta uszu Miszcza. Za nim znajdowała się wielka skalna ściana, od której załamań odbijały się promienie zachodzącego powoli słońca. Aikidas siedział nieopodal, pilnie obserwując jak dłonie mentora łączą sprytnie kolejne drewienka.
Słońce nadal zachodziło, nie zwracając najmniejszej uwagi na proces twórczy, zachodzący gdzieś w Wysokich Tatrach. Miszcz nagle zorientował się, że coś jest nie do końca tak, jak być powinno. Myśli takowe napłynęły mu do głowy, zaraz po tym jak przez tonącą w zieleni polanę nieco niżej półki skalnej, na której się znajdowali, przebiegło stado chilijskich wiewiórków. Uznał to za znak* zwiastujący pojawienie się czegoś niekoniecznie mu przyjaznego.

-Co u licha??! Aaikidaaaasie!!!! - w powietrzu uniósł się gromki głos- Aikidaaaaasieeee!!!
-Yes... Master?? –Aikidas, chcąc oddać jeszcze większą niż zwykle cześć swemu nauczycielowi wypowiedział nowo nauczone na -Szybkim kursie metoda Callana” słowa w języku angielskim.
-Aikidasie, mój wierny od niedawna uczniu, czy sokoli wzrok twojego, boskiego niemalże, a przynajmniej wywodzącego się z rodu tytanów,** senseia się nie myli i przez tą polanę niżej przebiegło właśnie stado chilijskich wiewiórków?
-Yes...Master - po raz kolejny padła inteligentna odpowiedź.***
-Czyli on znów się kręci gdzieś w pobliżu, że też udało ,mu się mnie tu odnaleźć.... żesz k&%#@, a taki spokojny wypad na łono natury się zapowiadał.

Marian był wyraźnie niezadowolony z faktu odnalezienia go przez kreaturę spod ciemnej gwiazdy. Ta ciemna gwiazda ma tu dwojakie znaczenie. Po pierwsze dlatego, że postać śledziła go całymi dniami, nocą natomiast, gdy ziemię oświetlał jedynie blask Księżyca znikała, a po drugie dlatego, że po prostu była czarna. W najciemniejszym z najciemniejszych mroków jej kontury odcinały się, ponieważ była jeszcze czarniejsza niż najczarniejsza czerń. Miszcz natomiast duszę, i kimono, miał tak czyste i białe, że żaden śnieg nie mógł się z nim równać. Stworzenie śledzące Mariana i on sam byli jednak jak jin i jang - przeciwieństwa, które w jakiś sposób przenikały się.****
Miszcz usłyszał za sobą szelesty i trzaski łamanych pod drobnymi, wiewiórczymi nóżkami, gałązek. Spojrzał przez lewe ramię**** i zobaczył swego przeciwnika. Znajdował się dokładnie za nim w otoczeniu ok. 5 zwierzaczków.

-Nareszcie spotykamy się na udeptanej ziemi -; odezwał się Marian tonem, który niektórzy mogliby określić jako patetyczny.

W odpowiedzi usłyszał jedynie cichutkie, ale zarazem odważne, popiskiwania gryzoni. Odwrócił się. W tak zwanym międzyczasie z miejsca, z którego to wcześniej obserwował nauczyciela, dobiegł Aikidas i ochoczo zaproponował:

-Yes... Master. Tzn. ten... tego.... czy mam im wszystkim -piiii-poprzestawiac -piiii- i tak -piiii- zrobic żebyś się za bardzo nie musiał wysilać Master??
-Nie. To musze sam załatwić. --po tych słowach zwrócił się do nieprzyjaciela - Czego chcesz?
Cisza, bynajmniej absolutna : znów znać o sobie dały wiewióry
-Powtorzę raz jeszcze. Ostatni. I radzę ci mnie nie denerwować, bo jestem duży silny i wkurwiony.******Dlaczego za mną łazisz?

Odpowiedż nie padła. Miszcz poczuł się zignorowany, przez co również zirytowany. Ruszył do ataku. Ku jego wielkiemu zdziwieniu przeciwnik stosował techniki prawie żywcem wzięte z Gorin-no Sho wielkiego Musashiego Miyamoto. Od początku walki stosował technikę nr 24 zwaną Laką Przywarł do Mariana, przylgnął do niego i nie odstępował na krok. Miszcz szukał momentu, w który mógłby upchnąć jedną ze swych śmiercio- , albo przynajmniej kontuzjo-, -nośnych technik. Wróg był nieugięty, nie dawał najmniejszej okazji do założenia sobie bolesnego niemiłosiernie sankyo, albo chociaż kotegaeshi. Przez kilka dobrych minut wojownicy starali się zebrać swoją tajemną energię ki w jakimś potężnym atemi, które zmiękczyłoby przeciwnika, pozwalając jednocześnie wygrać starcie. Miszcz poczuł nagle, że jest gotowy, silny i niepokonany - wielka Bogini Amaterasu, czyli Wielki i Święty Duch Świecący na Niebie patrzyła na niego łagodnie, z błogosławieństwem w amaterasowych oczach.

-Booonsaaaaiiii!!!! - krzyknął tak, że zatrzęsły się wszystkie osiki jakie kiedykolwiek rosły w jakichkolwiek górach w promieni 200 km.

Przechwycił rękę przeciwnika, zadał mu bolesny cios, wybijając tym samym z równowagi, wykonał irimi tenkan, schodząc z lini ataki i przez jeden jedyny stanowczy ruch miszczowskimi biodrami wykonał perfekcyjną shihonagę na krawędzi *******. Napastnik, skutecznie od dłuższego czasu uprzykrzający życie naszemu bohaterowi, spadł w przepaść, rozbijając, po drodze na spotkanie gleby, swoje czarne ciało. Żaden twardy pad nie był w stanie go już uratować. Miszcz natomiast wyprostował się, otrzepał proch ze swej lekko wyblakłej hakamy i dumnym głosem powiedział:

-Nikt nie będzie łaził za Wielkim Marianem! Szczególnie jeśli nie płaci comiesięcznych składek-tu zwrócił się do Aikidasa, który znów siedział nieopodal i zajadał orzeszki wraz z chilijskimi wiewiórami - Nawet jego CIEŃ!!!!!

A echo przez długie godziny niosło ostanie słowa Miszcza.













*Chilijskie wiewióry są powszechnie uznawane za złe omeny. Lew R. zignorował ich pojawienie się któregoś wieczora i pewne jego propozycje zostały nagrane na magnetofon analogowy, Renata B. również popełniła błąd, nie zwracając uwagi na to przyjazne ostrzeżenie i okazało się, że w jej niebiańskich oczach nagle pojawiły się niejakie kurwiki, a w dodatku polubiła owies.

** tak niewiele epitetów Miszcz użył, nie tylko przez wrodzoną skromność, ale również przez Satori jakiego doznał, wdrapując się na najwyższy szczyt Rys, by pomedytowac. Oświecenie przyszło w momencie, gdy ręka Mariana, zsunęła się z wyłomu skalngo (a jak zapewne się domyślacie, wspinał się on bez zabezpieczenia, a co! w końcu jest Miszczu czy nie?) i wisiał nad przepaścią, świadom swego nieuchronnego końca. Z pomocą przyleciał mu oczywiście nowo zakupiony śmigłowiec TOPR, zaraz po tym jak zadzwonił na ich numer, z nowiuteńkiej Nokii 3100 (taka poręczna i mała, zawsze się przydaje.. no i ten zasięg)

***Aikidas dopiero niedawno zapisał się na kurs... czekał na jakąś promocję, no i się doczekał. Nie miejcie mu za złe małego zasobu słownictwa jakim może operować. Stara się chłopak.

****W jaki, ku ogromnemu zaskoczeniu czytelnika, ma się rozumieć, wyjaśnić powinno się na końcu tego odcinka, aczkolwiek nic jeszcze przesądzone nie zostało.

***** Lewe ramię Miszcza zasługuje tutaj na wiecej uwagi. Jak każdemu zapewne wiadomo, u praworęcznych ludzi bardziej umięśnioną stroną jest strona prawa, a nasz bohater w związku z faktem, iż jest jednak MISZCZEM, bardziej umięśnioną ma rękę lewą (w bicepsie cały 1 cm)

****** słowa: "jestem duży, silny i wkurwiony” zostały zapożyczone ze spektaklu "Polaroidy- autorstwa pana Ravenhilla

******* Bynajmniej nie była to słynna "Szczepanowska krawędź" nie, gdzieżby. Krawędź owa była najzwyklejszą krawędzią skalnej półki, na której to toczyła się wartka akcja tegoż odcinka.

_________________
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Marian od rana jakoś nie mógł sobie przypomnieć czy stoi po stronie mocy ciemnych czy jasnych. Pamiętał szczegóły i owszem, że lubi wieprzowy salceson krojony w solidną kostkę i że wczoraj zabrał komuś rowek w parku. Ni cholery jednak nie przypominał sobie czy jest tym dobrym czy złym...
Z solidnym bólem głowy wyszedł przed dojo i dopiero po chwili pojął, że otacza go grupa ubranych w kuse, białe sukienki chłopczyków o rozanielonych twarzyczkach. Chłopaczkowi ściskali w dłoniach pokaźne gromnice i krok po kroku zacieśniali krąg. Miszczowi coś tam zaczynało świtać....
- nie o tej porze - zamruczał miszcz skrzypliwie
Podrapał się po głowie, skupił i zamantrzył. Moc zaszemrała, grzmot i błyskawica przecięły szary nieboskłon. Marian mantrzył dalej, mantrzył i mantrzył aż Ki zagęściła się wokół tak, że nie wiem. Miszcz wyprostował się i wykonał swojego najulubieńszego, czarodziejskiego tenkana.
Moc normalnie eksplodowała. Tak naprawde to nic nie eksplodowało - tak się tylko mówi. W rzeczywistości kosmiczna energia skierowana przez ogarniętego nieludzką ekstazą Mariana (też dobre) zaczęła w oka mgnieniu topić, widocznie nie dość solidnie poświęcone, gromnice.
Ministranci w ułamku sekundy oblani parzącym woskiem padli na ziemie szarpani drgawkami konwulsji (też tylko się tak pisze, właściwie to nic im nie było a jednemu czy dwóm to się nawet spodobało)
No więc Miszcz stoj, ministrantowi pokotem leżą. I drgają...
Pojawia się wtedy zza krzaka postać czarna i mroczna... idzie do Mariana i przez zaspane, zapuchnięte oczka miszcz widzi jeno sunącą postać czarną mówiącą do niego głosem dudniącym jak z rondla. Przez chwilę wszystko było jasne- oto kosmiczny vader nadciąga a co za tym idzie miszcz uznał że jak nic jest z jasnej strony mocy. Ucieszył się nawet, że się wszystko tak ładnie wyjaśniło.
Jednak po chwili rozpoznał w maderze miejscowego wikarego co to ma astmę i charcze jak białoruski telewizor...
cdn...
  • 0

budo_szczepan
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 8153 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:dzika,śmiercionośna Północ

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
.........

Miszcz Marian kończył obieranie ze skóry piątej chilijskiej wiewiórki na obiad. Rutynowymi ruchami wyprawiał i rozwieszał skórki żeby wyschły w promieniach palącego słońca. Marian nie mógł zrozumieć dziwnego zwyczaju wiewiór, które zażarcie piszczały kiedy wrzucał je do gotującego się wywaru z jarzyn. Podejrzewał, że to jego wierny uchideshi Aikidas znowu nazbierał nieświerze jarzyny na obiad, co powodowało mocne protesty wiewiórek.

Marian miał zwyczaj, robiąc sałatkę do obiadu, układac liście sałaty w ikebanę. Nie żeby zaraz uczył się kiedykolwiek układania kwiatów u jakiegoś mistrza ikebany, po prostu podpatrzył kiedyś u kierownika pobliskiego zakładu pogrzebowego 5 minutowego sposobu plecienia wieńcy i sałaciana ikebana od lat weszła mu już w nawyk. Dziś jednak Marian miał jakieś trudności, żeby liście sałaty przybrały określoną formę.
--- Przecież moja sałata jest w 100% biologiczna, OMG-free --- pomyslał Marian --- mam nawet certifikat ISO 9001.............hmhmh....... zadumał się nieśpiesznie.

Nagle kątem oka dostrzegł niewielki ruch, jeden z liści zaczął nieznacznie przemieszczać się wykonując ruch posuwisto zwrotny. Marian niedbałym ruchem poprawił nogawkę keikogi udając że patrzy zupełnie gdzie indziej. Marian nigdy nie patrzył prosto w oczy sałacie, z obawy, żeby nie zostać uwięziony na dobre. Ale jego siódmy zmysł go nie zawiódł i tym razem. Mikroskopijny robaczek, noszący lacińską nazwę escherihija coli, wpierdzielający sałatę tuż przy łodydze, przytłoczony Mocą Mariana rozprysł się na miazgę. Ostatkiem świadomości wyszeptał „Kampai!” i odszedł, szukać następnej reinkarnacji. Ale Marian systematycznie miażdżył już następnego, i następnego , i następnego...........................

--- Mniam! – mlasnął językiem Marian, --- dzisiejsza sałatka będzie niezwykle smakowita.
Żaden z uchideshi, nie zgłębił do końca kulinarnych zwyczajów miszcza. W jednej chwili wydawało im się,że Marian jest najgłębszym wegetarianinem, w następnej, widzieli w nim nieustraszonego łowcę głów. Sam Marian nie zawracał sobie głowy takimi duperelami. Zjednoczony z Rytmem Pulsującego Wszechświata po prostu „istniał” wbrew postepującej nieubłaganie Entropii.

Z tych smakowitych rozmyślań wyrwał Mariana przerażony szept Aikidasa
--- O! Miszczu! O!
Marian przybierając postawę ura senkaku odruchowo wyprowadził serię atemi i kopnięć (które już dawno podpatrzył na filmie Karate po polsku) zeby poprzez ikkyo złożyc bałache w locie. Ale wierny Aikidas, stopiony z krajobrazem, pomny wieloletnich doświadczeń, tylko jeszcze mocniej zapadł się pod ziemię.
--- O! Miszczu! O! powtórzył Aikidas, spotkanie z Zielarką za cztery minuty. Dopiero teraz Marian przypomnial sobie o miejscowej lekarce na rubieży, zwanej potocznie Babą Jagą. Leczyła one wszystkich w okolicy Ziołami, sama nie odmawiając sobie herbatki z mięty zbieranej o Północy.

Lekarka pojawiła się chwilę pózniej, ciężko pociągając za sobą nogami. Człapała w kierunku dojo jak czołg T-34. W pozostawionych przez nią koleinach zbierały się kałuże krwi dziko rosnących wodorostów. Marian usiadł z Zielarką w cieniu pobliskiego dębu. Zielarka pocierała swoją szklaną kule dlońmi splecionymi w przedziwne, prastare znaki runiczne. Marian nagle poczuł się dziwnie nieswojo. Wiatr wokół nich ucichł, słońce zakryła nie wiadomo skąd przygnana chmura, nawet wiewiórki chilijskie przestały skrzeczeć w gotującym się wywarze. Aikidas zapadl się jeszcze dwa metry głębiej pod ziemię. Zapadła Dziwna i Niesamowita Cisza. Serce Mariana zatrzymało się, jakby sam Czas się skończył.

Nagle Zielarka spojrzała znacząco i przeciągle na Miszcza. Marianowi zabrakło tchu w płucach. Ten weteran niezliczonych, krwawych pojedynków, miszcz nad miszcze, który do tej pory samą siłą woli potrafił zginać najgrubsze bretnale, przed którego imieniem drżało dresiarstwo z samej Warszawy, który był idolem niezliczonej rzeszy ustawkowych kiboli, ten Mocarz co używał prawa Natury, jak my, śmiertelni, używamy łyżki do zupy, poczuł się kompletnie bezbronny. Tylko wypracowana dziesiątkami lat treningów samodyscyplina pozwoliła mu przywrócić niezbyt regularny oddech, i koślawe bicie serca.
--- Juz czas! powiedziała cicho Zielarka. Tysiące myśli przetoczyły się przez mózg Mariana w jednej sekundzie, jak wodospad Niagara. Bezradność całkowicie przytłoczyła Mariana. Pierwszy raz w życiu, Marian nie mógł zrobić nic, ale to kompletnie nic!
---Jak to „Już Czas” zbuntował się Marian. --- Co się stanie z Czystym Przekazem aikido, Dojo, moimi uchideshi? Kto po mnie przejmie pałeczke? Tutaj Marian rozejrzał się wokoło, ale nie zauważył nikogo, bowiem Aikidas przezornie wkopywał się coraz głębiej.

--- Nikt nie poszedł w moje ślady! --- zrozumiał Marian. --- No ładnie, teraz jedynie wiewiórki chilijskie beda robic ikkyo na Rudym Lisie. Ech czasy, -- westchnęło się Marianowi. Popatrzył na Zachód. Nie wiadomo skąd przyszło mu do głowy, ze nawet dobra rzecz, nie jest tak dobra jak Nicość.

Ciepła melancholia wypełniła Marianowe, skołowaciałe serce. Pośpieszył w ślad odchodzącej w las Zielarki.........
  • 0

budo_muha
  • Użytkownik
  • PipPipPip
  • 164 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna
  • Lokalizacja:Gdańsk

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Parafraza parafrazy (Krasicki -> Kleyyf -> forum)

Poprzez haszcze, bagno i gęste sitowie
Szedł sobie Marian z czarnym krukiem na głowie.
Jak się bagno pogłębiło,
Tylko kruka widać było...


A to tylko po to, żeby wątek znów się uwidocznił
  • 0

budo_pmasz
  • Użytkownik
  • PipPipPipPip
  • 2101 postów
  • Pomógł: 0
0
Neutralna

Napisano Ponad rok temu

Re: Przygody Mistrza Mariana by pmasz and company
Przeczucia Mariana
Miszcz przeczuwał, że coś jest nie tak albo i gorzej. Dreszcze od rana wstrząsały jego mocarnym ciałem. A jak mówię dreszcze to w nie chodzi mnie o takie dreszczyki co to je mamy ty czy ja. Miszczem to jak dreszcz wstrzaśnie to i 3 kamienice dalej woda w szklankach drży, psy wyją a koty to nie wiem co robią bo kotów to ja osobiście nie lubie...
No to miszcz przeczuwał i mu się to w ogóle, ale to w ogóle nie podobało. Marian w ogólności to tych przeczuwań nie lubił, wolał życie spokojne i sympatyczne. Lubił się do ludzi uśmiechać i mówić coś w sensie:"Dzień Dobry, jak tam, jak tam zęby, nie bolą?" A jak miał przeczucie to zawsze wyskoczył z jakimś: " coś mrocznego nadciąga..." Albo :"dziś przeleje się krew "albo: na krawędzi życia i śmierci staniesz wkrótce" Wprowadzało to swoisty dyskomfort podczas konwersacji i ludzie powoli przestawali się z nim zadawać i rozpowiadali, że miszczu od tego tłuczenia się kijami po łbie cierpi co najmniej na pomroczność albo w ogóle jakis taki niepełnosprytny się stał ostatnio...
Tak wiec Marian przestał się chwalić przeczuciami przeczuciami przeczuciami przykład taki chociażby dam:
Przykładowo ma takie średnie przeczucie, że chociażby za rogiem ukrywa się gang skrytobójców skrytobójców tylko czychają coby miszcza zaciukać. Rozmówca pytał się się go najczęściej czemu go tak trzącha, znaczy czemu te dreszcze. I tu miszcz smutno dla świętego spokoju wymyślał, że kaszanka jakaś nieświeża dzisiaj albo , że go co oblazło. W samotności zostając z własnym przeczuciem.... Tak to jest z miszczami...
  • 0


Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych

Ikona FaceBook

10 następnych tematów

Plany treningowe i dietetyczne
 

Forum: 2002 : 2003 : 2004 : 2005 : 2006 : 2007 : 2008 : 2009 : 2010 : 2011 : 2012 : 2013 : 2014 : 2015 : 2016 : 2017